Wielka Sobota.Wspaniała pogoda, która rozpieszcza nas słońcem, wysoką temperaturą i rozkwitem wszystkiego, co tylko rozkwitnąć potrafi. Przy przekładaniu mazurków do pudełek, chętnie i niejednokrotnie oblizywałam palce. W kościele, gdzie poszliśmy poświęcić wielkanocny koszyczek, ksiądz dosłownie chlusnął mi w twarz wodą święconą, co biorę za zapowiedź udanych Świąt. Ogłosił też, że jak ktoś chce, może coś słodkiego z koszyczka zostawić w specjalnym pudle, które zostanie przekazane potrzebującym dzieciom. Z radością oddałam na taki dobry cel dwa czekoladowe jajuszka z paczki, którą kupiłam sobie samej jako przyszłą nagrodę za cały Post. Gdy wróciłam do domu, po tradycyjnej wymianie wypieków z sąsiadami, poczęstowałyśmy się z mamą po jednym słodkim jajeczku z mojej paczki. Skąd mogłam wiedzieć, że to, co na opakowaniu określano "likierem ajerkoniakowym" naprawdę będzie pysznym likierem ajerkoniakowym o przepisowej zawartości alkoholu? Hm, mama stwierdziła, że ostatecznie dzieci będą lepiej spały, jak sobie je zjedzą..
I kończy się właśnie mój słodyczowy 45-dniowy post. Wiekopomna chwila. Jestem z siebie dumna, że udało mi się dotrwać w postanowieniu, i że realizowałam je z radością, czerpiąc satysfakcją z każdego rozsądnie i zdrowo zjedzonego dnia. Teraz będę świętować dwa dni, a potem spróbuję jeść rozważnie, szanując to, co osiągnęłam. Dziękuję Chłopcu za to, że tak wspierał mnie w tym wyzwaniu, samemu także przeszedł na post, oraz wiernie czytał mojego blogaska. Wesołych Świąt: *
sobota, 23 kwietnia 2011
piątek, 22 kwietnia 2011
Post. Dzień 45
Trzy razy jeździłam dziś po zakupy, więc jedzenie raczej oglądałam niż spożywałam,a i dużo ruchu przy tym było. To dobrze, bo dziś Wielki Piątek,a wiec postnie, a poza tym już niedługo post się skończy, to trzeba sobie zacząć robić na te wszystkie pyszne rzeczy miejsce. Karkóweczkę, indyka, pasztety, jajeczka na kilka sposobów i białą kiełbaskę w słodkiej musztardzie stawiam na równi z parzoną babką, mazurkiem kajmakowym, sernikiem i spodziewanymi słodyczami od zajączków.
Etykiety:
jajeczka,
karkóweczka,
sernik
czwartek, 21 kwietnia 2011
Post. Dzień 44
Jedziemy dziś po nowego kotka!
Z transporterem od przyjaciółki, zostawionym dla mnie w konspiracji w znajomym sklepie, wychodzę niby na zakupy po to, żeby razem z Chłopcem pojechać po wymarzonego rudego kociaka. Właścicielka wzrusza się mówiąc, że widzi, iż oddaje kota w dobre ręce i wyruszamy w drogę powrotną z,, jak się okazuje, odważnym kotem podróżnikiem. Potem piechotą do weterynarza, który bada go i odrobacza. Gdy docieramy do domu, kot pod naporem wrażeń zasypia, a my czekamy na mamę, która o niczym nie wiedziała. Jej pierwsza reakcję można określić jako wstrząs połączony ze strachem, jednak gdy kot po godzinie budzi się i wychodzi z transportera, ukazując cały swój urok, mama kapituluje kompletnie i daje się porwać fali ochów i achów, przytulań, miziań i pieszczotliwych pogawędek. Kot funkcjonuje w trybie niemowlęcym: godzina snu, godzina zabawy, godzina snu...Trzeba jeszcze popracować nad jego menu, które póki co ogranicza się do białego serka i ciepłej wody oraz uświadomieniem mu, że piasku z kuwety się nie je, tylko tam siusia. godnie z licznymi internetowymi poradnikami, a także z potrzeby serca, odwiedziłam już z nim sąsiadów oraz ich koty, a także umożliwiłam poznanie szerszej rodziny, w tym małych dzieci, które przyjechały dziś do nas na chwilkę. Kot pozbierał wyrazy uznania i chętnie się ze wszystkimi bawił. Teraz pisze notkę leżąc powykręcana w łóżku z jego (kota) pokoju, a on śpi mi na łydce. Mam nadzieję, że to dla niego miłe towarzystwo, i zastąpi mu pierwsza rodzinę. Nawet zapoznanie się z laptopem przeszedł bezproblemowo, wykazując wrodzoną kocią potrzebę chodzenia po klawiaturze. Oto jego pierwsza wiadomość:
\'''''\|||\ <M\'
Z transporterem od przyjaciółki, zostawionym dla mnie w konspiracji w znajomym sklepie, wychodzę niby na zakupy po to, żeby razem z Chłopcem pojechać po wymarzonego rudego kociaka. Właścicielka wzrusza się mówiąc, że widzi, iż oddaje kota w dobre ręce i wyruszamy w drogę powrotną z,, jak się okazuje, odważnym kotem podróżnikiem. Potem piechotą do weterynarza, który bada go i odrobacza. Gdy docieramy do domu, kot pod naporem wrażeń zasypia, a my czekamy na mamę, która o niczym nie wiedziała. Jej pierwsza reakcję można określić jako wstrząs połączony ze strachem, jednak gdy kot po godzinie budzi się i wychodzi z transportera, ukazując cały swój urok, mama kapituluje kompletnie i daje się porwać fali ochów i achów, przytulań, miziań i pieszczotliwych pogawędek. Kot funkcjonuje w trybie niemowlęcym: godzina snu, godzina zabawy, godzina snu...Trzeba jeszcze popracować nad jego menu, które póki co ogranicza się do białego serka i ciepłej wody oraz uświadomieniem mu, że piasku z kuwety się nie je, tylko tam siusia. godnie z licznymi internetowymi poradnikami, a także z potrzeby serca, odwiedziłam już z nim sąsiadów oraz ich koty, a także umożliwiłam poznanie szerszej rodziny, w tym małych dzieci, które przyjechały dziś do nas na chwilkę. Kot pozbierał wyrazy uznania i chętnie się ze wszystkimi bawił. Teraz pisze notkę leżąc powykręcana w łóżku z jego (kota) pokoju, a on śpi mi na łydce. Mam nadzieję, że to dla niego miłe towarzystwo, i zastąpi mu pierwsza rodzinę. Nawet zapoznanie się z laptopem przeszedł bezproblemowo, wykazując wrodzoną kocią potrzebę chodzenia po klawiaturze. Oto jego pierwsza wiadomość:
\'''''\|||\ <M\'
Etykiety:
rudy kot
środa, 20 kwietnia 2011
Post. Dzień 43
Wiele przedświątecznych przygotowań, staram się przynajmniej uzupełniać płyny. Legowisko robione z pudełka i miska schowane w szafie. Pieniek - drapak suszy się na tarasie. Kuweta schowana pod pudłami w pokoju a wyprawa do sklepu po saszetki pod pozorem kupna muesli. A wszystko to dlatego, że jutro...
Etykiety:
przedświąteczne przygoowania
wtorek, 19 kwietnia 2011
Post. Dzień 42
Znowu zapomniałam kupić sobie muesli i musiałam zjeść do śniadania płatki Fitness mamy, co do których zdrowotności mam duże wątpliwości.
A na zajęciach z autoprezentacji Pani mówiła, że człowiek nigdy nie wychodzi z nałogu, tylko zamienia jeden nałóg na drugi. I tak sobie myślę, że zamiana słodyczoholizmu na nałóg zdrowego odżywiania jest chyba jednak lepsza.
Dowiedziałam się również, że masowy wysyp najróżniejszych -holizmów
na początku XXI wieku był wynikiem przeładowania ludzkich mózgów informacjami, które zaczęły błyskawicznie docierać do nas z całego świata. W związku z tym wiadomości o wszelkich nowinkach: kosmetycznych, technicznych, modowych, lifestyle'owych itp. również zbombardowały nas, wykorzystując informacyjną żarłoczność mózgu do wzbudzenia w nas konieczności posiadania wszystkiego. Mam samochód - muszę mieć lepszy, byłem na wakacjach w Świnoujściu - muszę jechać do Egiptu, oraz w następstwie: mój sąsiad ma 40 - calowy płaski telewizor, ja muszę mieć co najmniej taki sam. I stąd kompulsywna potrzeba posiadania, robienia takich rzeczy, o jakich wiemy, że istnieją. Choćby wydawało się nam, że wiemy, że psychologom płaci się straszne pieniądze za budowanie reklam wpływających na podświadomość ludzi, to i tak będziemy na te reklamy podatni. I nawet gdy w sklepie potrafimy przejść obojętnie obok stoiska ze słodyczami, gdy zobaczymy reklamę telewizyjną, w której z batonika wylewa się aksamitne, karmelowe nadzienie, chrupki miło chrupią a czekolada rozpływa się w ustach, pocieknie nam ślinka, jak wszystkim.
A na zajęciach z autoprezentacji Pani mówiła, że człowiek nigdy nie wychodzi z nałogu, tylko zamienia jeden nałóg na drugi. I tak sobie myślę, że zamiana słodyczoholizmu na nałóg zdrowego odżywiania jest chyba jednak lepsza.
Dowiedziałam się również, że masowy wysyp najróżniejszych -holizmówna początku XXI wieku był wynikiem przeładowania ludzkich mózgów informacjami, które zaczęły błyskawicznie docierać do nas z całego świata. W związku z tym wiadomości o wszelkich nowinkach: kosmetycznych, technicznych, modowych, lifestyle'owych itp. również zbombardowały nas, wykorzystując informacyjną żarłoczność mózgu do wzbudzenia w nas konieczności posiadania wszystkiego. Mam samochód - muszę mieć lepszy, byłem na wakacjach w Świnoujściu - muszę jechać do Egiptu, oraz w następstwie: mój sąsiad ma 40 - calowy płaski telewizor, ja muszę mieć co najmniej taki sam. I stąd kompulsywna potrzeba posiadania, robienia takich rzeczy, o jakich wiemy, że istnieją. Choćby wydawało się nam, że wiemy, że psychologom płaci się straszne pieniądze za budowanie reklam wpływających na podświadomość ludzi, to i tak będziemy na te reklamy podatni. I nawet gdy w sklepie potrafimy przejść obojętnie obok stoiska ze słodyczami, gdy zobaczymy reklamę telewizyjną, w której z batonika wylewa się aksamitne, karmelowe nadzienie, chrupki miło chrupią a czekolada rozpływa się w ustach, pocieknie nam ślinka, jak wszystkim.
Etykiety:
manipulacja w reklamie,
post od słodyczy,
słodyczoholizm
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Post. Dzień 41
A może zamiast pożyczać od sąsiadów kota, żeby osłodził mi czas oczekiwania na mojego własnego, kupię sobie kurkę? Tanie i praktyczne, i jajeczka znosi, i do Wielkanocy pasuje.
Dzisiaj zrobiłam 20 km na rowerze, jeżdżąc między innymi po obrzeżach miasta po różnych sklepach z roślinami i wybierając sadzonki ziół do ogródka. Taka była dziś piękna pogoda. W jednym ogrodnictwie pomiziałam dwa tamtejsze koty, a na działce wujka goniłam jednego, ale uciekł przede mną.
Poza takimi wypadkami staram się odwracać myśli od kota i dużo dziś wysprzątałam w ramach wiosennych porządków, przy życzliwej pomocy kanapek z masłem orzechowym.
Dzisiaj zrobiłam 20 km na rowerze, jeżdżąc między innymi po obrzeżach miasta po różnych sklepach z roślinami i wybierając sadzonki ziół do ogródka. Taka była dziś piękna pogoda. W jednym ogrodnictwie pomiziałam dwa tamtejsze koty, a na działce wujka goniłam jednego, ale uciekł przede mną.
Poza takimi wypadkami staram się odwracać myśli od kota i dużo dziś wysprzątałam w ramach wiosennych porządków, przy życzliwej pomocy kanapek z masłem orzechowym.
niedziela, 17 kwietnia 2011
Post. Dzień 40
Oto i czterdziesty dzień mojego Wielkiego Postu, czyli Niedziela Palmowa. Od dziś ten tradycyjny 40-dniowy post nabiera dodatkowych dni do licznika. Tym lepiej dla mnie, choć w miarę zbliżania się do finiszu, coraz milej myślę o słodyczach, których wkrótce spróbuję.
To moje dwa upatrzone, świąteczne marzenia:
Wszystkie dostępne w Almie, sprawdziłam.
Popatrzyłam rano na te muesli z jogurtem, pomlaskałam, i postanowiłam zrobić z tego eksperymentalne placuszki, dodając jajko i miksując wszystko razem. No więc okazało się, że generalnie jogurt nie jest najlepszym pomysłem na składnik placków, ale jednak jest zdrowy, a ten jego kwaskowaty smak też jest na swój sposób ciekawy. Cóż, była to reszta moich płatków więc zjadłam i tak.
To moje dwa upatrzone, świąteczne marzenia:
![]() |
| Belgian mint Medallions |
![]() |
| Truffes mint flavour |
Popatrzyłam rano na te muesli z jogurtem, pomlaskałam, i postanowiłam zrobić z tego eksperymentalne placuszki, dodając jajko i miksując wszystko razem. No więc okazało się, że generalnie jogurt nie jest najlepszym pomysłem na składnik placków, ale jednak jest zdrowy, a ten jego kwaskowaty smak też jest na swój sposób ciekawy. Cóż, była to reszta moich płatków więc zjadłam i tak.
sobota, 16 kwietnia 2011
Post. Dzien 39
Jak miło być na poście słodyczowym, gdy ceny owoców maleją, różowe winogrona wciąż w promocji i w ogóle jest w czym wybierać. Choć tyle dziś było wiosennych porządków przedświątecznych, że rzadko kiedy miałam możliwość coś zjeść. Ale taka piękna pogoda, na zakupy rowerkiem, z Chłopcem po zielone gałązki do stroika rowerkiem..to aż miło się potem sprząta. Co prawda nie wiem, jak jutro będą wyglądały okna, które zaczęłam myć ok.20, po zmroku, ale sądząc po odgłosach trzepania dywanu, dobiegających w tym samym czasie gdzieś z okolicy, nie ja jedna wybieram taki tryb pracy.
Etykiety:
mycie okien po zmroku,
owoce,
winogrona różowe
piątek, 15 kwietnia 2011
Post. Dzień 38
Bratowa zapytała mnie dzisiaj, czy cieszę się już na koniec postu od słodyczy. Odpowiedziałam, że oczywiście, ale jednak nie jest to taka prosta sprawa. Umyśliłam sobie, że w Niedzielę Wielkanocną i Lany Poniedziałek daję sobie całkowitą dyspensę od jakichkolwiek ograniczeń - świętować należy bez ciągłego patrzenia sobie na ręce i wyrzutów sumienia. Już wystarczająco wiele pokus musiałam przezwyciężyć, te świąteczne mam więc zamiar z przyjemnością celebrować.
Co do powrotu do codzienności, spróbuję ograniczyć słodycze do przyzwoitego, zdrowego limitu. Zauważyłam jednak, że łatwiej mi zamykać drzwi zupełnie niż uchylać, bo wtedy tak łatwo otwiera się je na oścież. Niemniej spróbuję teraz pracować nad równowagą, złotym słodkim środkiem.
A podobno po tak długiej przerwie słodycze nie smakują tak samo dobrze. Być może, ale uzależnienie, skoro nie minęło, wraca błyskawicznie.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Post. Dzień 37
Przyjaciółka zaprosiła mnie na remont jej pokoju, więc połowa dzisiejszego dnia upłynęła mi na przesuwaniu, klejeniu, malowaniu i wycieraniu w moim pięknym dresiku do prac remontowych. Uwielbiam remonty, więc była to dla mnie sama przyjemność tym bardziej, że spędzałam ten czas w miłym, damskim towarzystwie. W przerwach piłyśmy więc, siedząc na komodzie, herbatkę z eleganckiego zielonego serwisu uważając przy tym, by nie kopnąć w kuwetkę z farbą. Po pracy czekała na mnie duża porcja spagetti bolognese i szklanka kefirku. Wieczorem natomiast wybraliśmy się na uroczystą premierę teledysku koleżanki, w którym miałam przyjemność zagrać, przewijając się tu i ówdzie przez ekran. Wymigaliśmy się jednak z oblewania muzycznego sukcesu, i wróciliśmy do domu na tradycyjne kanapeczki.
Etykiety:
premiera teledysku,
remont
środa, 13 kwietnia 2011
Post. Dzień 36
W niecierpliwym, dłużącym się oczekiwaniu na kota, zrobiłam research kocich akcesoriów w sklepach. Wyszło mi, że najtaniej kupować kotkowi mięso u rzeźnika, warzywa, kaszkę i to wszystko przyrządzać samemu. Ale wygoda też ma swoją wartość. Może skuszę się na jedną drogą karmę dla kociąt, ale poza tym to standardową, nie można dać się zwariować (20 zł za paczkę 800g karmy - czyste mięso byłoby tańsze, a w tych karmach mięsa jest najwyżej 30 %). Odżywianie u kotów to też ważna kwestia.
Poza tym zrobiłam już legowisko z kartonika, starannie wymoszczone sweterkiem w cętki, i trzymam je schowane w szafie, w końcu dla mamy to będzie niespodzianka.
Z kwestii dietetycznych wreszcie, córka sąsiadów przyniosła nam dziś kołocz weselny. Piękny, wielki, podwójny, i jak pachnie..a ja nie mogłam go zjeść. Właściwie to nie chciałam, bo mama przekonywała mnie długo, że kołocz to się na pewno nie liczy do słodyczy. Kawałek dla mnie dołączył więc do rogalików w zamrażalce. Może za 2 tygodnie też będzie smaczny?
A wieczorem, w wyniku błędnego zinterpretowania leżącego w lodówce łososia jako wędzonego, zjadłam na kanapce sushi. Podobno w Skandynawii to normalne..
Poza tym zrobiłam już legowisko z kartonika, starannie wymoszczone sweterkiem w cętki, i trzymam je schowane w szafie, w końcu dla mamy to będzie niespodzianka.
| śląski kołocz weselny |
A wieczorem, w wyniku błędnego zinterpretowania leżącego w lodówce łososia jako wędzonego, zjadłam na kanapce sushi. Podobno w Skandynawii to normalne..
Etykiety:
akcesoria dla kotów,
śląski kołocz weselny
wtorek, 12 kwietnia 2011
Post. Dzień 35
No i proszę, jak dynamicznie potrafi się zmieniać akcja. Wczoraj wieczorem znalazłam ogłoszenie o rudym kocurku w moim mieście, tuż tuż, pod nosem. Prowadząc na ten temat z Chłopcem pełną emocji dyskusję na gg, w przeciągu godziny przeszłam od stanowiska "To niesprawiedliwe, no ale trudno, już ustaliłam, więc jadę do Wawy" do "Zadzwonię tam jutro, oby jeszcze nie był sprzedany". Zadzwoniłam, i już w południe byliśmy zobaczyć te cuda. Któryś z tych wchodzącym mamie na głowę kociaków będzie mój:
Mimo wejścia w fazę obsesyjnego myślenia o nowym kocie, na którego muszę poczekać, bo nie nauczył się jeszcze jeść samodzielnie, udało mi się zasiąść do pracy i czujnie pilnowanej przez Chłopca, napisać prawie 3 strony. Coś o poście? Spagetti ze szpinakiem, orzechami włoskimi i żółtym serem. Mmm
Mimo wejścia w fazę obsesyjnego myślenia o nowym kocie, na którego muszę poczekać, bo nie nauczył się jeszcze jeść samodzielnie, udało mi się zasiąść do pracy i czujnie pilnowanej przez Chłopca, napisać prawie 3 strony. Coś o poście? Spagetti ze szpinakiem, orzechami włoskimi i żółtym serem. Mmm
Etykiety:
rudy kocurek,
spagetti ze szpinakiem
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Post. Dzień 34
Mama podobno zauważyła, że przybrałam przez zimę, ale nie chciała mi zwracać uwagi. Hm, to może wczorajszy wynik na wadze nie był przesadzony? Ciekawe, ile miałabym, gdybym przez ostatni miesiąc jadła słodycze?
Słabo idzie mi ostatnio rozwój naukowy, ponieważ perspektywa rudego kociaka w domu zaczyna nabierać realnych kształtów i całkowicie zajmuje moje myśli. Mimo tego, że będę musiała po niego pojechać pociągiem aż do Warszawy. Ale Kot - Gorol będzie miał dzięki temu fajne przezwisko.
Słabo idzie mi ostatnio rozwój naukowy, ponieważ perspektywa rudego kociaka w domu zaczyna nabierać realnych kształtów i całkowicie zajmuje moje myśli. Mimo tego, że będę musiała po niego pojechać pociągiem aż do Warszawy. Ale Kot - Gorol będzie miał dzięki temu fajne przezwisko.
![]() |
| warszawski cwaniak |
Etykiety:
rudy kocurek,
warszawski cwaniak
niedziela, 10 kwietnia 2011
Post. Dzień 33
Kolejny wietrzny dzień, jednak kwitnące drzewa wynagradzają spacery nawet w takich warunkach. Kierując się ich cudownie słodkim zapachem, trafiłam już np. na kwiaty czeremchy.
Po południu, z Chłopcem i znajomymi postanowiliśmy popodziwiać przyrodę zza wielkich okien widokowych aquaparku w hotelu Gołębiewski w Wiśle. Od czasu pierwszej wizyty 1.5 roku temu bardzo mnie tam ciągnęło. Nasze piękne ustrońskie podgórze oraz Wisłę odwiedzam częściej, ale na pluskanie jakoś się nie składało. Spędziliśmy 2 godziny rozkoszując się wszystkimi dostępnymi atrakcjami, ze szczególnym uwzględnieniem aromatycznych saun i leczniczych jacuzzi. Pozytywny wpływ tego miejsca na urodę był ewidentny, skoro wcześniej nie budziłyśmy tam z koleżanką zainteresowania obcych mężczyzn, za to po wyjściu stałyśmy się obiektem adoracji dwojga z nich. Ale tamtejsza waga musi być zepsuta, skoro pokazała mi 4 kilo więcej, niż zwykle miałam, koledze zresztą też. A że innym wynik się zgadzał to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
Tak aktywnie spędzony czas należało kalorycznie wynagrodzić sobie w KFC pysznym kubełkiem kurczaków i sałatką. A jednak nie wszystkie fast foody są takie złe.
Po południu, z Chłopcem i znajomymi postanowiliśmy popodziwiać przyrodę zza wielkich okien widokowych aquaparku w hotelu Gołębiewski w Wiśle. Od czasu pierwszej wizyty 1.5 roku temu bardzo mnie tam ciągnęło. Nasze piękne ustrońskie podgórze oraz Wisłę odwiedzam częściej, ale na pluskanie jakoś się nie składało. Spędziliśmy 2 godziny rozkoszując się wszystkimi dostępnymi atrakcjami, ze szczególnym uwzględnieniem aromatycznych saun i leczniczych jacuzzi. Pozytywny wpływ tego miejsca na urodę był ewidentny, skoro wcześniej nie budziłyśmy tam z koleżanką zainteresowania obcych mężczyzn, za to po wyjściu stałyśmy się obiektem adoracji dwojga z nich. Ale tamtejsza waga musi być zepsuta, skoro pokazała mi 4 kilo więcej, niż zwykle miałam, koledze zresztą też. A że innym wynik się zgadzał to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
Tak aktywnie spędzony czas należało kalorycznie wynagrodzić sobie w KFC pysznym kubełkiem kurczaków i sałatką. A jednak nie wszystkie fast foody są takie złe.
Etykiety:
aquapark Gołębiewski,
czeremcha,
KFC,
Wisła
sobota, 9 kwietnia 2011
Post. Dzień 32
Gruszka kupiona w poniedziałek wreszcie dojrzała, więc mogłam ją zjeść w czasie przerwy między korepetycjami. Domowe dojrzewanie to chyba jedyny sposób na ten owoc, ale za to jaka była pyszna..
W sklepach wysyp nowalijek, ale jeszcze się hamuję, w końcu są troszkę sztuczne i nie chcę, żeby mi się coś wysypało.. Skusiłam się tylko na rzodkieweczkę. Za to pomidory wyglądały i pachniały jak zrobione z gumy, przysięgam.
Zawiodły mnie też dzisiaj realowe jajka. Pędziłam do z daleka upatrzonych jajek od kurek wolnowybiegowych w promocji 4.50zł za 6 sztuk. Otwarłam pojemnik z przyzwyczajenia i rozsądku, żeby sprawdzić, czy wszystkie są całe. A tutaj na trzech z nich brakowało początkowego numeru w kodzie, oznaczającego rodzaj jajka.W innych paczkach podobnie.

Wielka szkoda, ale jednak to zbyt podejrzana sprawa. Może ktoś poprzekładał sobie jajka z innych pudełek, a może firma czegoś nie dopatrzyła. W konsekwencji trzeba było zadowolić się jajkami wielozbożowymi.
Ciekawe, czy te określenia mają w ogóle jakieś znaczenie?
W sklepach wysyp nowalijek, ale jeszcze się hamuję, w końcu są troszkę sztuczne i nie chcę, żeby mi się coś wysypało.. Skusiłam się tylko na rzodkieweczkę. Za to pomidory wyglądały i pachniały jak zrobione z gumy, przysięgam.
Wielka szkoda, ale jednak to zbyt podejrzana sprawa. Może ktoś poprzekładał sobie jajka z innych pudełek, a może firma czegoś nie dopatrzyła. W konsekwencji trzeba było zadowolić się jajkami wielozbożowymi.
Ciekawe, czy te określenia mają w ogóle jakieś znaczenie?
Etykiety:
gruszka,
gumowe pomidory,
jajka z kur wolnowybiegowych,
nowalijki
piątek, 8 kwietnia 2011
Post. Dzień 31
Będąc z mamusią w kawiarni, kolejny raz miałam okazję oswajać się z sytuacją, w której zwykle zamawiałam ciastko, a teraz muszę zadowolić się dobrą herbatą. Mama wzięła wielkie latte macchiato z syropem irish, więc gdy pani przyniosła nam zamówienie, deser kawowy postawiła przede mną. Gdy zamieniałam je miejscami z moją herbatą Orange dulce, pani zaskoczona stwierdziła, że była pewna, że to słodkie będzie dla mnie. Hm, nie wiem, już wyglądam jak słodyczoholik? A może pani po prostu zapamiętała, jakie rzeczy tam zwykle wybierałam.
Na kolację, do drugiego sezonu Spartacusa, znów zrobiliśmy sobie z Chłopcem pizzę (przepis - dzień 3). Z racji piątku musiałam jednak pogardzić wspaniałą szynką szwarcwaldzką, którą specjalnie dla mnie kupił, i na mojej połówce zrobiłam ukochaną margheritę. Postanowiliśmy też poeksperymentować, i ostatnią pizzę zrobiliśmy na słodko. Pizza na słodko została posmarowana masłem orzechowym, na którym ułożyliśmy banany. Wyszło danie niezwykle oryginalne w smaku, pożywne i zdrowe - no, czasem można zaszaleć. A jedną kulkę pizzy i szyneczkę zostawiłam w lodówce, na jutro będą idealne.
Na kolację, do drugiego sezonu Spartacusa, znów zrobiliśmy sobie z Chłopcem pizzę (przepis - dzień 3). Z racji piątku musiałam jednak pogardzić wspaniałą szynką szwarcwaldzką, którą specjalnie dla mnie kupił, i na mojej połówce zrobiłam ukochaną margheritę. Postanowiliśmy też poeksperymentować, i ostatnią pizzę zrobiliśmy na słodko. Pizza na słodko została posmarowana masłem orzechowym, na którym ułożyliśmy banany. Wyszło danie niezwykle oryginalne w smaku, pożywne i zdrowe - no, czasem można zaszaleć. A jedną kulkę pizzy i szyneczkę zostawiłam w lodówce, na jutro będą idealne.
Etykiety:
kawiarnia,
masło orzechowe,
pizza,
słodyczoholik
czwartek, 7 kwietnia 2011
Post. Dzień 30
Oho, znowu okrągła data. 30 dni brzmi dumnie. Dzisiaj po zajęciach wybrałam się z Przyjaciółką do IKEI na zakupy połączone z prawdziwie studenckim obiadem : klopsiki w lunchowej promocji za 6.90zł zamiast 8.90zł, bar sałatkowy na pół oraz herbatkę gratis na kartę IKEA. Ponadto zafundowałyśmy sobie kilka godzin kobiecego wysiłku fizycznego, biegając radośnie tam i z powrotem po całym sklepie w poszukiwaniu podkładki pod laptopa, odpowiedniej wielkości poduszek czy rozważając głębszy problem: pościel pod kolor ścian czy ta granatowa, ale w promocji? Nie mam wątpliwości, że obiad został szybko spalony.
Za to w Skarbku pani częstowała czekoladkami Schogetten...w myślach już wyciągałam tam rękę, ale odpowiedziałam tylko : dziękuję, niestety nie.
Etykiety:
IKEA,
kobieta na zakupach,
Schogetten
środa, 6 kwietnia 2011
Post. Dzień 29
Z dzisiejszego konkursu Karierosfera dowiedziałam się tyle, że PR-owcem to ja jeszcze nie jestem. Potem zepsuła się pogoda, siadło ciśnienie, rozbolała mnie głowa i jak zwykle w takich sytuacjach zapragnęłam czegoś słodkiego. Zawsze robiłam sobie taki mood up'ujący prezent. Ciekawe jednak, że mimo wielu dystresów w ciągu tego dnia, nerwicowy ból głowy przeszedł szybciej niż kiedyś, gdy leczyłam go słodyczami. Psychicznie było ciężej, ale jednak trwało krócej. To miłe. Wieczorem nie ma lepszego środka na powrót do formy jak sen. Szkoda tylko, że nie śpię przy osobie, przy której chciałabym najbardziej.
Etykiety:
mood up,
sen najlepszym lekarstwem
wtorek, 5 kwietnia 2011
Post. Dzień 28
Na wykładzie z autoprezentacji znów ciekawe rzeczy, nie tylko dla człowieka z nerwicą, jak ja. Było bowiem o stresie. Znamienne, że pierwsze zwiastujące go symptomy niemedyczne są często bagatelizowane lub po prostu nie wiąże się ich występowania z tym problemem. Uświadomienie sobie tych objawów umożliwia zwalczenie stresu jeszcze w zarodku, zanim rozwinie się w poważny problem.
Niemedyczne symptomy stresu:
Niemedyczne symptomy stresu:
- irytacja,
- myśli depresyjne,
- nadmierne reakcje na zwyczajne wydarzenia (np. podskakiwanie na dźwięk dzwonka),
- wieczny pośpiech,
- podjadanie w trakcie przygotowywania posiłku lub przed jego podaniem,
- zaburzenia odżywiania,
- skłonność do agresji (np. rozmowy z telewizorem: "Co za kretyn z tego bramkarza!"),
- identyfikacja z napastnikiem, tzn. naśladowanie zachowań wzbudzającej w nas stres osoby wobec kogoś innego (np. kopiowanie agresywnego szefa w domu poprzez wyżywanie się na partnerze, używając tych samych zagrań i metod),
- wszelakie -izmy, jak infoholizm, zakupoholizm, alkoholizm..więc słodyczoholizm też.
Etykiety:
stres,
symptomy stresu
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Post. Dzień 27
Na obiad zjadłam placki marchewkowe, rosołek i pierogi ruskie, w tej kolejności, i pod rząd. Chyba miało to związek z długą przerwą po śniadaniu. No, profilaktyczna herbatka na trawienie nie zaszkodzi. A do domu przychodzą kolejne supermarketowe gazetki, epatujące wspaniałymi świątecznymi słodyczami. Mama obiecała, że w nagrodę za tę moją postną konsekwencję na Święta kupi mi spośród nich coś wybornego (więc i zapewne niemieckiego). A ksiądz na rekolekcjach mówił: "jak się sobie coś postanowi, to potem mnożą się przeszkody. Wiedzą o tym Ci, którzy postanowili nie jeść słodyczy w czasie Postu: teraz to słodycze chodzą za nimi wszędzie i wołają 'zjedz mnie, zjedz mnie' ". A nawet już cukrowe jajeczka widziałam. Ale póki co, rodzynki..
Etykiety:
rodzynki,
suty obiad,
wielkanocne słodycze
niedziela, 3 kwietnia 2011
Post. Dzień 26
Odwiodłam mamę od zakupu paczki ciastek, które tak naprawdę musiałaby całe zjeść sama. W zamian za to znów zrobiłyśmy do niedzielnego obiadu sałatkę owocową, która znów spotkała się z ogólnym entuzjazmem.
Pozostało jeszcze rozpracowanie nawyku dzieci (ochoczo przy tym wspieranego przez dorosłych), polegającego na kupowaniu im za każdym razem ich ulubionych żelków i chrupków. Postanowiłam wziąć na siebie wszelkie ewentualne pretensje młodych, i kupiłam gotowe zdrowe przekąski w formie miksu orzechów w czekoladzie oraz kandyzowanych i suszonych owoców. I tu okazało się, że dzieci tak naprawdę lubią zdrowe rzeczy, jeśli tylko da się im możliwość ich spróbowania. Zjadły z chęcią wszystko.
Więcej smaków na : strona przekąsek Up! Bakalland
A popołudniu cudowny wypoczynek na łonie budzącej się do życia przyrody, rowery i bieganie za SuperFly'em.
Pozostało jeszcze rozpracowanie nawyku dzieci (ochoczo przy tym wspieranego przez dorosłych), polegającego na kupowaniu im za każdym razem ich ulubionych żelków i chrupków. Postanowiłam wziąć na siebie wszelkie ewentualne pretensje młodych, i kupiłam gotowe zdrowe przekąski w formie miksu orzechów w czekoladzie oraz kandyzowanych i suszonych owoców. I tu okazało się, że dzieci tak naprawdę lubią zdrowe rzeczy, jeśli tylko da się im możliwość ich spróbowania. Zjadły z chęcią wszystko.Więcej smaków na : strona przekąsek Up! Bakalland
A popołudniu cudowny wypoczynek na łonie budzącej się do życia przyrody, rowery i bieganie za SuperFly'em.
Etykiety:
Bakkaland Up,
rowery,
SuperFly
sobota, 2 kwietnia 2011
Post. Dzień 25
Na dzisiejszych korepetycjach oprócz uczniów zjawiła się też mama jednego z nich, która wyraziła nieśmiałą propozycję, że może w czasie przewidywanej nieobecności jej syna, mogłaby przychodzić na zajęcia zamiast niego. Imponują mi osoby, które w dojrzałym wieku chcą się zacząć uczyć od zera nowego języka, więc chętnie się zgodziłam. Na poczet przyszłej współpracy otrzymałam bombonierkę, której przez 5 minut próbowałam odmówić, ale w końcu dałam za wygraną. Trafiła do słodyczowej szafki, i teraz codziennie mogę ją tam odwiedzać. Za to na stoisku piekarni na targu upolowałam pyszny chleb pełnoziarnisty, a w szmateksie 3 bluzeczki, w tym z noa noa, za łączną kwotę 6.30zł.
Tak miło rozpoczęty dzień znalazł finał w przyjęciu urodzinowym mojej przyjaciółki. Już wcześniej opowiadała mi, że jej tata specjalnie kupił w Lidlu ich own-brandingowe lody waniliowe, które tak uwielbiam. Mimo niezręczności takiej sytuacji musiałam jej odmówić lodów, opowiadając przy tym całą historię mojego postu. Na szczęście znalazło to u niej całkowite zrozumienie, więc w ramach deseru zostałam ugoszczona talerzem pełnych najróżniejszych owoców, które opróżniłam tak skutecznie, jak zwykle opróżniałam talerze ze słodyczami.
Tak miło rozpoczęty dzień znalazł finał w przyjęciu urodzinowym mojej przyjaciółki. Już wcześniej opowiadała mi, że jej tata specjalnie kupił w Lidlu ich own-brandingowe lody waniliowe, które tak uwielbiam. Mimo niezręczności takiej sytuacji musiałam jej odmówić lodów, opowiadając przy tym całą historię mojego postu. Na szczęście znalazło to u niej całkowite zrozumienie, więc w ramach deseru zostałam ugoszczona talerzem pełnych najróżniejszych owoców, które opróżniłam tak skutecznie, jak zwykle opróżniałam talerze ze słodyczami.
Etykiety:
lody waniliowe Lidl,
post słodyczowy,
urodziny
piątek, 1 kwietnia 2011
Post. Dzień 24
Teraz jest już na pewno za półmetkiem Wielkiego Postu. Skłania mnie to do refleksji nad jego dotychczasowym przebiegiem. To trochę dziwne, ale najłatwiej było mi w pierwszym tygodniu. Potem robiło się trudniej, zaczęły przychodzić ataki wilczego głodu i uczucie takiego niespełnienia, niemożliwości nasycenia apetytu niesłodyczowym jedzeniem. Wygląda to tak, jakby mój organizm przez pierwszy tydzień zużywał zmagazynowane zapasy cukru, a potem, gdy ich zabrakło, zaczął się ich gwałtownie domagać. Jednak z biegiem czasu coraz łatwiej przychodzą mi szybkie decyzje dotyczące wyboru zdrowej przekąski, nad którą kiedyś okropnie długo musiałam myśleć ('co normalni ludzie jedzą w tej sytuacji?'). Dochodzi też do tego, że zamiast nerwowo omijać stoiska ze słodyczami z sklepach, przechodzę przez nie z godnością, rozglądając się i sycąc oczy samym ich widokiem. Gdy goście dzielą się przy stole ciastem, ja spokojnie siadam sobie z jabłkiem i nożykiem. Jestem też dumna z mamy, która pod rosnącą presją społeczną ograniczyła słodycze do jednego "czegoś słodkiego" dziennie.
Odliczając dni postu "od początku", nie "do końca" zakładam,że koniec postu nie stanie się dla mnie momentem zerwania z łańcucha i powrotu do kompulsywnego objadania słodyczami, a raczej okazją do przejścia na racjonalne jedzenie słodyczy, tzn. np. raz dziennie, jako deser i dla przyjemności smaku, nie z powodu niepohamowanej obsesji. Widzę też teraz wyraźnie, jak ogromny wpływ na naszą podświadomość mają wielce sugestywne, wręcz namacalne reklamy słodyczy w telewizji, i jak z okrutną łatwością wykorzystują naszą słabość do cukru.
Jeśli jeszcze rozkręcę moje pozimowo rozleniwione ciało do sportowej aktywności fizycznej (tak jak dzisiaj, kiedy wstałam z własnej woli o 8:00 i pobiegłam na 30-minutowy jogging, co dało mi od rana niesamowitą energię, za to popołudniu pojeździłam godzinkę na rowerze), będzie super.
Etykiety:
post słodyczowy,
słodyczoholizm,
wilczy apetyt
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)










