Teraz jest już na pewno za półmetkiem Wielkiego Postu. Skłania mnie to do refleksji nad jego dotychczasowym przebiegiem. To trochę dziwne, ale najłatwiej było mi w pierwszym tygodniu. Potem robiło się trudniej, zaczęły przychodzić ataki wilczego głodu i uczucie takiego niespełnienia, niemożliwości nasycenia apetytu niesłodyczowym jedzeniem. Wygląda to tak, jakby mój organizm przez pierwszy tydzień zużywał zmagazynowane zapasy cukru, a potem, gdy ich zabrakło, zaczął się ich gwałtownie domagać. Jednak z biegiem czasu coraz łatwiej przychodzą mi szybkie decyzje dotyczące wyboru zdrowej przekąski, nad którą kiedyś okropnie długo musiałam myśleć ('co normalni ludzie jedzą w tej sytuacji?'). Dochodzi też do tego, że zamiast nerwowo omijać stoiska ze słodyczami z sklepach, przechodzę przez nie z godnością, rozglądając się i sycąc oczy samym ich widokiem. Gdy goście dzielą się przy stole ciastem, ja spokojnie siadam sobie z jabłkiem i nożykiem. Jestem też dumna z mamy, która pod rosnącą presją społeczną ograniczyła słodycze do jednego "czegoś słodkiego" dziennie.
Odliczając dni postu "od początku", nie "do końca" zakładam,że koniec postu nie stanie się dla mnie momentem zerwania z łańcucha i powrotu do kompulsywnego objadania słodyczami, a raczej okazją do przejścia na racjonalne jedzenie słodyczy, tzn. np. raz dziennie, jako deser i dla przyjemności smaku, nie z powodu niepohamowanej obsesji. Widzę też teraz wyraźnie, jak ogromny wpływ na naszą podświadomość mają wielce sugestywne, wręcz namacalne reklamy słodyczy w telewizji, i jak z okrutną łatwością wykorzystują naszą słabość do cukru.
Jeśli jeszcze rozkręcę moje pozimowo rozleniwione ciało do sportowej aktywności fizycznej (tak jak dzisiaj, kiedy wstałam z własnej woli o 8:00 i pobiegłam na 30-minutowy jogging, co dało mi od rana niesamowitą energię, za to popołudniu pojeździłam godzinkę na rowerze), będzie super.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz