Wielka Sobota.Wspaniała pogoda, która rozpieszcza nas słońcem, wysoką temperaturą i rozkwitem wszystkiego, co tylko rozkwitnąć potrafi. Przy przekładaniu mazurków do pudełek, chętnie i niejednokrotnie oblizywałam palce. W kościele, gdzie poszliśmy poświęcić wielkanocny koszyczek, ksiądz dosłownie chlusnął mi w twarz wodą święconą, co biorę za zapowiedź udanych Świąt. Ogłosił też, że jak ktoś chce, może coś słodkiego z koszyczka zostawić w specjalnym pudle, które zostanie przekazane potrzebującym dzieciom. Z radością oddałam na taki dobry cel dwa czekoladowe jajuszka z paczki, którą kupiłam sobie samej jako przyszłą nagrodę za cały Post. Gdy wróciłam do domu, po tradycyjnej wymianie wypieków z sąsiadami, poczęstowałyśmy się z mamą po jednym słodkim jajeczku z mojej paczki. Skąd mogłam wiedzieć, że to, co na opakowaniu określano "likierem ajerkoniakowym" naprawdę będzie pysznym likierem ajerkoniakowym o przepisowej zawartości alkoholu? Hm, mama stwierdziła, że ostatecznie dzieci będą lepiej spały, jak sobie je zjedzą..
I kończy się właśnie mój słodyczowy 45-dniowy post. Wiekopomna chwila. Jestem z siebie dumna, że udało mi się dotrwać w postanowieniu, i że realizowałam je z radością, czerpiąc satysfakcją z każdego rozsądnie i zdrowo zjedzonego dnia. Teraz będę świętować dwa dni, a potem spróbuję jeść rozważnie, szanując to, co osiągnęłam. Dziękuję Chłopcu za to, że tak wspierał mnie w tym wyzwaniu, samemu także przeszedł na post, oraz wiernie czytał mojego blogaska. Wesołych Świąt: *
sobota, 23 kwietnia 2011
piątek, 22 kwietnia 2011
Post. Dzień 45
Trzy razy jeździłam dziś po zakupy, więc jedzenie raczej oglądałam niż spożywałam,a i dużo ruchu przy tym było. To dobrze, bo dziś Wielki Piątek,a wiec postnie, a poza tym już niedługo post się skończy, to trzeba sobie zacząć robić na te wszystkie pyszne rzeczy miejsce. Karkóweczkę, indyka, pasztety, jajeczka na kilka sposobów i białą kiełbaskę w słodkiej musztardzie stawiam na równi z parzoną babką, mazurkiem kajmakowym, sernikiem i spodziewanymi słodyczami od zajączków.
Etykiety:
jajeczka,
karkóweczka,
sernik
czwartek, 21 kwietnia 2011
Post. Dzień 44
Jedziemy dziś po nowego kotka!
Z transporterem od przyjaciółki, zostawionym dla mnie w konspiracji w znajomym sklepie, wychodzę niby na zakupy po to, żeby razem z Chłopcem pojechać po wymarzonego rudego kociaka. Właścicielka wzrusza się mówiąc, że widzi, iż oddaje kota w dobre ręce i wyruszamy w drogę powrotną z,, jak się okazuje, odważnym kotem podróżnikiem. Potem piechotą do weterynarza, który bada go i odrobacza. Gdy docieramy do domu, kot pod naporem wrażeń zasypia, a my czekamy na mamę, która o niczym nie wiedziała. Jej pierwsza reakcję można określić jako wstrząs połączony ze strachem, jednak gdy kot po godzinie budzi się i wychodzi z transportera, ukazując cały swój urok, mama kapituluje kompletnie i daje się porwać fali ochów i achów, przytulań, miziań i pieszczotliwych pogawędek. Kot funkcjonuje w trybie niemowlęcym: godzina snu, godzina zabawy, godzina snu...Trzeba jeszcze popracować nad jego menu, które póki co ogranicza się do białego serka i ciepłej wody oraz uświadomieniem mu, że piasku z kuwety się nie je, tylko tam siusia. godnie z licznymi internetowymi poradnikami, a także z potrzeby serca, odwiedziłam już z nim sąsiadów oraz ich koty, a także umożliwiłam poznanie szerszej rodziny, w tym małych dzieci, które przyjechały dziś do nas na chwilkę. Kot pozbierał wyrazy uznania i chętnie się ze wszystkimi bawił. Teraz pisze notkę leżąc powykręcana w łóżku z jego (kota) pokoju, a on śpi mi na łydce. Mam nadzieję, że to dla niego miłe towarzystwo, i zastąpi mu pierwsza rodzinę. Nawet zapoznanie się z laptopem przeszedł bezproblemowo, wykazując wrodzoną kocią potrzebę chodzenia po klawiaturze. Oto jego pierwsza wiadomość:
\'''''\|||\ <M\'
Z transporterem od przyjaciółki, zostawionym dla mnie w konspiracji w znajomym sklepie, wychodzę niby na zakupy po to, żeby razem z Chłopcem pojechać po wymarzonego rudego kociaka. Właścicielka wzrusza się mówiąc, że widzi, iż oddaje kota w dobre ręce i wyruszamy w drogę powrotną z,, jak się okazuje, odważnym kotem podróżnikiem. Potem piechotą do weterynarza, który bada go i odrobacza. Gdy docieramy do domu, kot pod naporem wrażeń zasypia, a my czekamy na mamę, która o niczym nie wiedziała. Jej pierwsza reakcję można określić jako wstrząs połączony ze strachem, jednak gdy kot po godzinie budzi się i wychodzi z transportera, ukazując cały swój urok, mama kapituluje kompletnie i daje się porwać fali ochów i achów, przytulań, miziań i pieszczotliwych pogawędek. Kot funkcjonuje w trybie niemowlęcym: godzina snu, godzina zabawy, godzina snu...Trzeba jeszcze popracować nad jego menu, które póki co ogranicza się do białego serka i ciepłej wody oraz uświadomieniem mu, że piasku z kuwety się nie je, tylko tam siusia. godnie z licznymi internetowymi poradnikami, a także z potrzeby serca, odwiedziłam już z nim sąsiadów oraz ich koty, a także umożliwiłam poznanie szerszej rodziny, w tym małych dzieci, które przyjechały dziś do nas na chwilkę. Kot pozbierał wyrazy uznania i chętnie się ze wszystkimi bawił. Teraz pisze notkę leżąc powykręcana w łóżku z jego (kota) pokoju, a on śpi mi na łydce. Mam nadzieję, że to dla niego miłe towarzystwo, i zastąpi mu pierwsza rodzinę. Nawet zapoznanie się z laptopem przeszedł bezproblemowo, wykazując wrodzoną kocią potrzebę chodzenia po klawiaturze. Oto jego pierwsza wiadomość:
\'''''\|||\ <M\'
Etykiety:
rudy kot
środa, 20 kwietnia 2011
Post. Dzień 43
Wiele przedświątecznych przygotowań, staram się przynajmniej uzupełniać płyny. Legowisko robione z pudełka i miska schowane w szafie. Pieniek - drapak suszy się na tarasie. Kuweta schowana pod pudłami w pokoju a wyprawa do sklepu po saszetki pod pozorem kupna muesli. A wszystko to dlatego, że jutro...
Etykiety:
przedświąteczne przygoowania
wtorek, 19 kwietnia 2011
Post. Dzień 42
Znowu zapomniałam kupić sobie muesli i musiałam zjeść do śniadania płatki Fitness mamy, co do których zdrowotności mam duże wątpliwości.
A na zajęciach z autoprezentacji Pani mówiła, że człowiek nigdy nie wychodzi z nałogu, tylko zamienia jeden nałóg na drugi. I tak sobie myślę, że zamiana słodyczoholizmu na nałóg zdrowego odżywiania jest chyba jednak lepsza.
Dowiedziałam się również, że masowy wysyp najróżniejszych -holizmów
na początku XXI wieku był wynikiem przeładowania ludzkich mózgów informacjami, które zaczęły błyskawicznie docierać do nas z całego świata. W związku z tym wiadomości o wszelkich nowinkach: kosmetycznych, technicznych, modowych, lifestyle'owych itp. również zbombardowały nas, wykorzystując informacyjną żarłoczność mózgu do wzbudzenia w nas konieczności posiadania wszystkiego. Mam samochód - muszę mieć lepszy, byłem na wakacjach w Świnoujściu - muszę jechać do Egiptu, oraz w następstwie: mój sąsiad ma 40 - calowy płaski telewizor, ja muszę mieć co najmniej taki sam. I stąd kompulsywna potrzeba posiadania, robienia takich rzeczy, o jakich wiemy, że istnieją. Choćby wydawało się nam, że wiemy, że psychologom płaci się straszne pieniądze za budowanie reklam wpływających na podświadomość ludzi, to i tak będziemy na te reklamy podatni. I nawet gdy w sklepie potrafimy przejść obojętnie obok stoiska ze słodyczami, gdy zobaczymy reklamę telewizyjną, w której z batonika wylewa się aksamitne, karmelowe nadzienie, chrupki miło chrupią a czekolada rozpływa się w ustach, pocieknie nam ślinka, jak wszystkim.
A na zajęciach z autoprezentacji Pani mówiła, że człowiek nigdy nie wychodzi z nałogu, tylko zamienia jeden nałóg na drugi. I tak sobie myślę, że zamiana słodyczoholizmu na nałóg zdrowego odżywiania jest chyba jednak lepsza.
Dowiedziałam się również, że masowy wysyp najróżniejszych -holizmówna początku XXI wieku był wynikiem przeładowania ludzkich mózgów informacjami, które zaczęły błyskawicznie docierać do nas z całego świata. W związku z tym wiadomości o wszelkich nowinkach: kosmetycznych, technicznych, modowych, lifestyle'owych itp. również zbombardowały nas, wykorzystując informacyjną żarłoczność mózgu do wzbudzenia w nas konieczności posiadania wszystkiego. Mam samochód - muszę mieć lepszy, byłem na wakacjach w Świnoujściu - muszę jechać do Egiptu, oraz w następstwie: mój sąsiad ma 40 - calowy płaski telewizor, ja muszę mieć co najmniej taki sam. I stąd kompulsywna potrzeba posiadania, robienia takich rzeczy, o jakich wiemy, że istnieją. Choćby wydawało się nam, że wiemy, że psychologom płaci się straszne pieniądze za budowanie reklam wpływających na podświadomość ludzi, to i tak będziemy na te reklamy podatni. I nawet gdy w sklepie potrafimy przejść obojętnie obok stoiska ze słodyczami, gdy zobaczymy reklamę telewizyjną, w której z batonika wylewa się aksamitne, karmelowe nadzienie, chrupki miło chrupią a czekolada rozpływa się w ustach, pocieknie nam ślinka, jak wszystkim.
Etykiety:
manipulacja w reklamie,
post od słodyczy,
słodyczoholizm
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Post. Dzień 41
A może zamiast pożyczać od sąsiadów kota, żeby osłodził mi czas oczekiwania na mojego własnego, kupię sobie kurkę? Tanie i praktyczne, i jajeczka znosi, i do Wielkanocy pasuje.
Dzisiaj zrobiłam 20 km na rowerze, jeżdżąc między innymi po obrzeżach miasta po różnych sklepach z roślinami i wybierając sadzonki ziół do ogródka. Taka była dziś piękna pogoda. W jednym ogrodnictwie pomiziałam dwa tamtejsze koty, a na działce wujka goniłam jednego, ale uciekł przede mną.
Poza takimi wypadkami staram się odwracać myśli od kota i dużo dziś wysprzątałam w ramach wiosennych porządków, przy życzliwej pomocy kanapek z masłem orzechowym.
Dzisiaj zrobiłam 20 km na rowerze, jeżdżąc między innymi po obrzeżach miasta po różnych sklepach z roślinami i wybierając sadzonki ziół do ogródka. Taka była dziś piękna pogoda. W jednym ogrodnictwie pomiziałam dwa tamtejsze koty, a na działce wujka goniłam jednego, ale uciekł przede mną.
Poza takimi wypadkami staram się odwracać myśli od kota i dużo dziś wysprzątałam w ramach wiosennych porządków, przy życzliwej pomocy kanapek z masłem orzechowym.
niedziela, 17 kwietnia 2011
Post. Dzień 40
Oto i czterdziesty dzień mojego Wielkiego Postu, czyli Niedziela Palmowa. Od dziś ten tradycyjny 40-dniowy post nabiera dodatkowych dni do licznika. Tym lepiej dla mnie, choć w miarę zbliżania się do finiszu, coraz milej myślę o słodyczach, których wkrótce spróbuję.
To moje dwa upatrzone, świąteczne marzenia:
Wszystkie dostępne w Almie, sprawdziłam.
Popatrzyłam rano na te muesli z jogurtem, pomlaskałam, i postanowiłam zrobić z tego eksperymentalne placuszki, dodając jajko i miksując wszystko razem. No więc okazało się, że generalnie jogurt nie jest najlepszym pomysłem na składnik placków, ale jednak jest zdrowy, a ten jego kwaskowaty smak też jest na swój sposób ciekawy. Cóż, była to reszta moich płatków więc zjadłam i tak.
To moje dwa upatrzone, świąteczne marzenia:
![]() |
| Belgian mint Medallions |
![]() |
| Truffes mint flavour |
Popatrzyłam rano na te muesli z jogurtem, pomlaskałam, i postanowiłam zrobić z tego eksperymentalne placuszki, dodając jajko i miksując wszystko razem. No więc okazało się, że generalnie jogurt nie jest najlepszym pomysłem na składnik placków, ale jednak jest zdrowy, a ten jego kwaskowaty smak też jest na swój sposób ciekawy. Cóż, była to reszta moich płatków więc zjadłam i tak.
sobota, 16 kwietnia 2011
Post. Dzien 39
Jak miło być na poście słodyczowym, gdy ceny owoców maleją, różowe winogrona wciąż w promocji i w ogóle jest w czym wybierać. Choć tyle dziś było wiosennych porządków przedświątecznych, że rzadko kiedy miałam możliwość coś zjeść. Ale taka piękna pogoda, na zakupy rowerkiem, z Chłopcem po zielone gałązki do stroika rowerkiem..to aż miło się potem sprząta. Co prawda nie wiem, jak jutro będą wyglądały okna, które zaczęłam myć ok.20, po zmroku, ale sądząc po odgłosach trzepania dywanu, dobiegających w tym samym czasie gdzieś z okolicy, nie ja jedna wybieram taki tryb pracy.
Etykiety:
mycie okien po zmroku,
owoce,
winogrona różowe
piątek, 15 kwietnia 2011
Post. Dzień 38
Bratowa zapytała mnie dzisiaj, czy cieszę się już na koniec postu od słodyczy. Odpowiedziałam, że oczywiście, ale jednak nie jest to taka prosta sprawa. Umyśliłam sobie, że w Niedzielę Wielkanocną i Lany Poniedziałek daję sobie całkowitą dyspensę od jakichkolwiek ograniczeń - świętować należy bez ciągłego patrzenia sobie na ręce i wyrzutów sumienia. Już wystarczająco wiele pokus musiałam przezwyciężyć, te świąteczne mam więc zamiar z przyjemnością celebrować.
Co do powrotu do codzienności, spróbuję ograniczyć słodycze do przyzwoitego, zdrowego limitu. Zauważyłam jednak, że łatwiej mi zamykać drzwi zupełnie niż uchylać, bo wtedy tak łatwo otwiera się je na oścież. Niemniej spróbuję teraz pracować nad równowagą, złotym słodkim środkiem.
A podobno po tak długiej przerwie słodycze nie smakują tak samo dobrze. Być może, ale uzależnienie, skoro nie minęło, wraca błyskawicznie.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Post. Dzień 37
Przyjaciółka zaprosiła mnie na remont jej pokoju, więc połowa dzisiejszego dnia upłynęła mi na przesuwaniu, klejeniu, malowaniu i wycieraniu w moim pięknym dresiku do prac remontowych. Uwielbiam remonty, więc była to dla mnie sama przyjemność tym bardziej, że spędzałam ten czas w miłym, damskim towarzystwie. W przerwach piłyśmy więc, siedząc na komodzie, herbatkę z eleganckiego zielonego serwisu uważając przy tym, by nie kopnąć w kuwetkę z farbą. Po pracy czekała na mnie duża porcja spagetti bolognese i szklanka kefirku. Wieczorem natomiast wybraliśmy się na uroczystą premierę teledysku koleżanki, w którym miałam przyjemność zagrać, przewijając się tu i ówdzie przez ekran. Wymigaliśmy się jednak z oblewania muzycznego sukcesu, i wróciliśmy do domu na tradycyjne kanapeczki.
Etykiety:
premiera teledysku,
remont
środa, 13 kwietnia 2011
Post. Dzień 36
W niecierpliwym, dłużącym się oczekiwaniu na kota, zrobiłam research kocich akcesoriów w sklepach. Wyszło mi, że najtaniej kupować kotkowi mięso u rzeźnika, warzywa, kaszkę i to wszystko przyrządzać samemu. Ale wygoda też ma swoją wartość. Może skuszę się na jedną drogą karmę dla kociąt, ale poza tym to standardową, nie można dać się zwariować (20 zł za paczkę 800g karmy - czyste mięso byłoby tańsze, a w tych karmach mięsa jest najwyżej 30 %). Odżywianie u kotów to też ważna kwestia.
Poza tym zrobiłam już legowisko z kartonika, starannie wymoszczone sweterkiem w cętki, i trzymam je schowane w szafie, w końcu dla mamy to będzie niespodzianka.
Z kwestii dietetycznych wreszcie, córka sąsiadów przyniosła nam dziś kołocz weselny. Piękny, wielki, podwójny, i jak pachnie..a ja nie mogłam go zjeść. Właściwie to nie chciałam, bo mama przekonywała mnie długo, że kołocz to się na pewno nie liczy do słodyczy. Kawałek dla mnie dołączył więc do rogalików w zamrażalce. Może za 2 tygodnie też będzie smaczny?
A wieczorem, w wyniku błędnego zinterpretowania leżącego w lodówce łososia jako wędzonego, zjadłam na kanapce sushi. Podobno w Skandynawii to normalne..
Poza tym zrobiłam już legowisko z kartonika, starannie wymoszczone sweterkiem w cętki, i trzymam je schowane w szafie, w końcu dla mamy to będzie niespodzianka.
| śląski kołocz weselny |
A wieczorem, w wyniku błędnego zinterpretowania leżącego w lodówce łososia jako wędzonego, zjadłam na kanapce sushi. Podobno w Skandynawii to normalne..
Etykiety:
akcesoria dla kotów,
śląski kołocz weselny
wtorek, 12 kwietnia 2011
Post. Dzień 35
No i proszę, jak dynamicznie potrafi się zmieniać akcja. Wczoraj wieczorem znalazłam ogłoszenie o rudym kocurku w moim mieście, tuż tuż, pod nosem. Prowadząc na ten temat z Chłopcem pełną emocji dyskusję na gg, w przeciągu godziny przeszłam od stanowiska "To niesprawiedliwe, no ale trudno, już ustaliłam, więc jadę do Wawy" do "Zadzwonię tam jutro, oby jeszcze nie był sprzedany". Zadzwoniłam, i już w południe byliśmy zobaczyć te cuda. Któryś z tych wchodzącym mamie na głowę kociaków będzie mój:
Mimo wejścia w fazę obsesyjnego myślenia o nowym kocie, na którego muszę poczekać, bo nie nauczył się jeszcze jeść samodzielnie, udało mi się zasiąść do pracy i czujnie pilnowanej przez Chłopca, napisać prawie 3 strony. Coś o poście? Spagetti ze szpinakiem, orzechami włoskimi i żółtym serem. Mmm
Mimo wejścia w fazę obsesyjnego myślenia o nowym kocie, na którego muszę poczekać, bo nie nauczył się jeszcze jeść samodzielnie, udało mi się zasiąść do pracy i czujnie pilnowanej przez Chłopca, napisać prawie 3 strony. Coś o poście? Spagetti ze szpinakiem, orzechami włoskimi i żółtym serem. Mmm
Etykiety:
rudy kocurek,
spagetti ze szpinakiem
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Post. Dzień 34
Mama podobno zauważyła, że przybrałam przez zimę, ale nie chciała mi zwracać uwagi. Hm, to może wczorajszy wynik na wadze nie był przesadzony? Ciekawe, ile miałabym, gdybym przez ostatni miesiąc jadła słodycze?
Słabo idzie mi ostatnio rozwój naukowy, ponieważ perspektywa rudego kociaka w domu zaczyna nabierać realnych kształtów i całkowicie zajmuje moje myśli. Mimo tego, że będę musiała po niego pojechać pociągiem aż do Warszawy. Ale Kot - Gorol będzie miał dzięki temu fajne przezwisko.
Słabo idzie mi ostatnio rozwój naukowy, ponieważ perspektywa rudego kociaka w domu zaczyna nabierać realnych kształtów i całkowicie zajmuje moje myśli. Mimo tego, że będę musiała po niego pojechać pociągiem aż do Warszawy. Ale Kot - Gorol będzie miał dzięki temu fajne przezwisko.
![]() |
| warszawski cwaniak |
Etykiety:
rudy kocurek,
warszawski cwaniak
niedziela, 10 kwietnia 2011
Post. Dzień 33
Kolejny wietrzny dzień, jednak kwitnące drzewa wynagradzają spacery nawet w takich warunkach. Kierując się ich cudownie słodkim zapachem, trafiłam już np. na kwiaty czeremchy.
Po południu, z Chłopcem i znajomymi postanowiliśmy popodziwiać przyrodę zza wielkich okien widokowych aquaparku w hotelu Gołębiewski w Wiśle. Od czasu pierwszej wizyty 1.5 roku temu bardzo mnie tam ciągnęło. Nasze piękne ustrońskie podgórze oraz Wisłę odwiedzam częściej, ale na pluskanie jakoś się nie składało. Spędziliśmy 2 godziny rozkoszując się wszystkimi dostępnymi atrakcjami, ze szczególnym uwzględnieniem aromatycznych saun i leczniczych jacuzzi. Pozytywny wpływ tego miejsca na urodę był ewidentny, skoro wcześniej nie budziłyśmy tam z koleżanką zainteresowania obcych mężczyzn, za to po wyjściu stałyśmy się obiektem adoracji dwojga z nich. Ale tamtejsza waga musi być zepsuta, skoro pokazała mi 4 kilo więcej, niż zwykle miałam, koledze zresztą też. A że innym wynik się zgadzał to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
Tak aktywnie spędzony czas należało kalorycznie wynagrodzić sobie w KFC pysznym kubełkiem kurczaków i sałatką. A jednak nie wszystkie fast foody są takie złe.
Po południu, z Chłopcem i znajomymi postanowiliśmy popodziwiać przyrodę zza wielkich okien widokowych aquaparku w hotelu Gołębiewski w Wiśle. Od czasu pierwszej wizyty 1.5 roku temu bardzo mnie tam ciągnęło. Nasze piękne ustrońskie podgórze oraz Wisłę odwiedzam częściej, ale na pluskanie jakoś się nie składało. Spędziliśmy 2 godziny rozkoszując się wszystkimi dostępnymi atrakcjami, ze szczególnym uwzględnieniem aromatycznych saun i leczniczych jacuzzi. Pozytywny wpływ tego miejsca na urodę był ewidentny, skoro wcześniej nie budziłyśmy tam z koleżanką zainteresowania obcych mężczyzn, za to po wyjściu stałyśmy się obiektem adoracji dwojga z nich. Ale tamtejsza waga musi być zepsuta, skoro pokazała mi 4 kilo więcej, niż zwykle miałam, koledze zresztą też. A że innym wynik się zgadzał to tylko wyjątek potwierdzający regułę.
Tak aktywnie spędzony czas należało kalorycznie wynagrodzić sobie w KFC pysznym kubełkiem kurczaków i sałatką. A jednak nie wszystkie fast foody są takie złe.
Etykiety:
aquapark Gołębiewski,
czeremcha,
KFC,
Wisła
sobota, 9 kwietnia 2011
Post. Dzień 32
Gruszka kupiona w poniedziałek wreszcie dojrzała, więc mogłam ją zjeść w czasie przerwy między korepetycjami. Domowe dojrzewanie to chyba jedyny sposób na ten owoc, ale za to jaka była pyszna..
W sklepach wysyp nowalijek, ale jeszcze się hamuję, w końcu są troszkę sztuczne i nie chcę, żeby mi się coś wysypało.. Skusiłam się tylko na rzodkieweczkę. Za to pomidory wyglądały i pachniały jak zrobione z gumy, przysięgam.
Zawiodły mnie też dzisiaj realowe jajka. Pędziłam do z daleka upatrzonych jajek od kurek wolnowybiegowych w promocji 4.50zł za 6 sztuk. Otwarłam pojemnik z przyzwyczajenia i rozsądku, żeby sprawdzić, czy wszystkie są całe. A tutaj na trzech z nich brakowało początkowego numeru w kodzie, oznaczającego rodzaj jajka.W innych paczkach podobnie.

Wielka szkoda, ale jednak to zbyt podejrzana sprawa. Może ktoś poprzekładał sobie jajka z innych pudełek, a może firma czegoś nie dopatrzyła. W konsekwencji trzeba było zadowolić się jajkami wielozbożowymi.
Ciekawe, czy te określenia mają w ogóle jakieś znaczenie?
W sklepach wysyp nowalijek, ale jeszcze się hamuję, w końcu są troszkę sztuczne i nie chcę, żeby mi się coś wysypało.. Skusiłam się tylko na rzodkieweczkę. Za to pomidory wyglądały i pachniały jak zrobione z gumy, przysięgam.
Wielka szkoda, ale jednak to zbyt podejrzana sprawa. Może ktoś poprzekładał sobie jajka z innych pudełek, a może firma czegoś nie dopatrzyła. W konsekwencji trzeba było zadowolić się jajkami wielozbożowymi.
Ciekawe, czy te określenia mają w ogóle jakieś znaczenie?
Etykiety:
gruszka,
gumowe pomidory,
jajka z kur wolnowybiegowych,
nowalijki
piątek, 8 kwietnia 2011
Post. Dzień 31
Będąc z mamusią w kawiarni, kolejny raz miałam okazję oswajać się z sytuacją, w której zwykle zamawiałam ciastko, a teraz muszę zadowolić się dobrą herbatą. Mama wzięła wielkie latte macchiato z syropem irish, więc gdy pani przyniosła nam zamówienie, deser kawowy postawiła przede mną. Gdy zamieniałam je miejscami z moją herbatą Orange dulce, pani zaskoczona stwierdziła, że była pewna, że to słodkie będzie dla mnie. Hm, nie wiem, już wyglądam jak słodyczoholik? A może pani po prostu zapamiętała, jakie rzeczy tam zwykle wybierałam.
Na kolację, do drugiego sezonu Spartacusa, znów zrobiliśmy sobie z Chłopcem pizzę (przepis - dzień 3). Z racji piątku musiałam jednak pogardzić wspaniałą szynką szwarcwaldzką, którą specjalnie dla mnie kupił, i na mojej połówce zrobiłam ukochaną margheritę. Postanowiliśmy też poeksperymentować, i ostatnią pizzę zrobiliśmy na słodko. Pizza na słodko została posmarowana masłem orzechowym, na którym ułożyliśmy banany. Wyszło danie niezwykle oryginalne w smaku, pożywne i zdrowe - no, czasem można zaszaleć. A jedną kulkę pizzy i szyneczkę zostawiłam w lodówce, na jutro będą idealne.
Na kolację, do drugiego sezonu Spartacusa, znów zrobiliśmy sobie z Chłopcem pizzę (przepis - dzień 3). Z racji piątku musiałam jednak pogardzić wspaniałą szynką szwarcwaldzką, którą specjalnie dla mnie kupił, i na mojej połówce zrobiłam ukochaną margheritę. Postanowiliśmy też poeksperymentować, i ostatnią pizzę zrobiliśmy na słodko. Pizza na słodko została posmarowana masłem orzechowym, na którym ułożyliśmy banany. Wyszło danie niezwykle oryginalne w smaku, pożywne i zdrowe - no, czasem można zaszaleć. A jedną kulkę pizzy i szyneczkę zostawiłam w lodówce, na jutro będą idealne.
Etykiety:
kawiarnia,
masło orzechowe,
pizza,
słodyczoholik
czwartek, 7 kwietnia 2011
Post. Dzień 30
Oho, znowu okrągła data. 30 dni brzmi dumnie. Dzisiaj po zajęciach wybrałam się z Przyjaciółką do IKEI na zakupy połączone z prawdziwie studenckim obiadem : klopsiki w lunchowej promocji za 6.90zł zamiast 8.90zł, bar sałatkowy na pół oraz herbatkę gratis na kartę IKEA. Ponadto zafundowałyśmy sobie kilka godzin kobiecego wysiłku fizycznego, biegając radośnie tam i z powrotem po całym sklepie w poszukiwaniu podkładki pod laptopa, odpowiedniej wielkości poduszek czy rozważając głębszy problem: pościel pod kolor ścian czy ta granatowa, ale w promocji? Nie mam wątpliwości, że obiad został szybko spalony.
Za to w Skarbku pani częstowała czekoladkami Schogetten...w myślach już wyciągałam tam rękę, ale odpowiedziałam tylko : dziękuję, niestety nie.
Etykiety:
IKEA,
kobieta na zakupach,
Schogetten
środa, 6 kwietnia 2011
Post. Dzień 29
Z dzisiejszego konkursu Karierosfera dowiedziałam się tyle, że PR-owcem to ja jeszcze nie jestem. Potem zepsuła się pogoda, siadło ciśnienie, rozbolała mnie głowa i jak zwykle w takich sytuacjach zapragnęłam czegoś słodkiego. Zawsze robiłam sobie taki mood up'ujący prezent. Ciekawe jednak, że mimo wielu dystresów w ciągu tego dnia, nerwicowy ból głowy przeszedł szybciej niż kiedyś, gdy leczyłam go słodyczami. Psychicznie było ciężej, ale jednak trwało krócej. To miłe. Wieczorem nie ma lepszego środka na powrót do formy jak sen. Szkoda tylko, że nie śpię przy osobie, przy której chciałabym najbardziej.
Etykiety:
mood up,
sen najlepszym lekarstwem
wtorek, 5 kwietnia 2011
Post. Dzień 28
Na wykładzie z autoprezentacji znów ciekawe rzeczy, nie tylko dla człowieka z nerwicą, jak ja. Było bowiem o stresie. Znamienne, że pierwsze zwiastujące go symptomy niemedyczne są często bagatelizowane lub po prostu nie wiąże się ich występowania z tym problemem. Uświadomienie sobie tych objawów umożliwia zwalczenie stresu jeszcze w zarodku, zanim rozwinie się w poważny problem.
Niemedyczne symptomy stresu:
Niemedyczne symptomy stresu:
- irytacja,
- myśli depresyjne,
- nadmierne reakcje na zwyczajne wydarzenia (np. podskakiwanie na dźwięk dzwonka),
- wieczny pośpiech,
- podjadanie w trakcie przygotowywania posiłku lub przed jego podaniem,
- zaburzenia odżywiania,
- skłonność do agresji (np. rozmowy z telewizorem: "Co za kretyn z tego bramkarza!"),
- identyfikacja z napastnikiem, tzn. naśladowanie zachowań wzbudzającej w nas stres osoby wobec kogoś innego (np. kopiowanie agresywnego szefa w domu poprzez wyżywanie się na partnerze, używając tych samych zagrań i metod),
- wszelakie -izmy, jak infoholizm, zakupoholizm, alkoholizm..więc słodyczoholizm też.
Etykiety:
stres,
symptomy stresu
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Post. Dzień 27
Na obiad zjadłam placki marchewkowe, rosołek i pierogi ruskie, w tej kolejności, i pod rząd. Chyba miało to związek z długą przerwą po śniadaniu. No, profilaktyczna herbatka na trawienie nie zaszkodzi. A do domu przychodzą kolejne supermarketowe gazetki, epatujące wspaniałymi świątecznymi słodyczami. Mama obiecała, że w nagrodę za tę moją postną konsekwencję na Święta kupi mi spośród nich coś wybornego (więc i zapewne niemieckiego). A ksiądz na rekolekcjach mówił: "jak się sobie coś postanowi, to potem mnożą się przeszkody. Wiedzą o tym Ci, którzy postanowili nie jeść słodyczy w czasie Postu: teraz to słodycze chodzą za nimi wszędzie i wołają 'zjedz mnie, zjedz mnie' ". A nawet już cukrowe jajeczka widziałam. Ale póki co, rodzynki..
Etykiety:
rodzynki,
suty obiad,
wielkanocne słodycze
niedziela, 3 kwietnia 2011
Post. Dzień 26
Odwiodłam mamę od zakupu paczki ciastek, które tak naprawdę musiałaby całe zjeść sama. W zamian za to znów zrobiłyśmy do niedzielnego obiadu sałatkę owocową, która znów spotkała się z ogólnym entuzjazmem.
Pozostało jeszcze rozpracowanie nawyku dzieci (ochoczo przy tym wspieranego przez dorosłych), polegającego na kupowaniu im za każdym razem ich ulubionych żelków i chrupków. Postanowiłam wziąć na siebie wszelkie ewentualne pretensje młodych, i kupiłam gotowe zdrowe przekąski w formie miksu orzechów w czekoladzie oraz kandyzowanych i suszonych owoców. I tu okazało się, że dzieci tak naprawdę lubią zdrowe rzeczy, jeśli tylko da się im możliwość ich spróbowania. Zjadły z chęcią wszystko.
Więcej smaków na : strona przekąsek Up! Bakalland
A popołudniu cudowny wypoczynek na łonie budzącej się do życia przyrody, rowery i bieganie za SuperFly'em.
Pozostało jeszcze rozpracowanie nawyku dzieci (ochoczo przy tym wspieranego przez dorosłych), polegającego na kupowaniu im za każdym razem ich ulubionych żelków i chrupków. Postanowiłam wziąć na siebie wszelkie ewentualne pretensje młodych, i kupiłam gotowe zdrowe przekąski w formie miksu orzechów w czekoladzie oraz kandyzowanych i suszonych owoców. I tu okazało się, że dzieci tak naprawdę lubią zdrowe rzeczy, jeśli tylko da się im możliwość ich spróbowania. Zjadły z chęcią wszystko.Więcej smaków na : strona przekąsek Up! Bakalland
A popołudniu cudowny wypoczynek na łonie budzącej się do życia przyrody, rowery i bieganie za SuperFly'em.
Etykiety:
Bakkaland Up,
rowery,
SuperFly
sobota, 2 kwietnia 2011
Post. Dzień 25
Na dzisiejszych korepetycjach oprócz uczniów zjawiła się też mama jednego z nich, która wyraziła nieśmiałą propozycję, że może w czasie przewidywanej nieobecności jej syna, mogłaby przychodzić na zajęcia zamiast niego. Imponują mi osoby, które w dojrzałym wieku chcą się zacząć uczyć od zera nowego języka, więc chętnie się zgodziłam. Na poczet przyszłej współpracy otrzymałam bombonierkę, której przez 5 minut próbowałam odmówić, ale w końcu dałam za wygraną. Trafiła do słodyczowej szafki, i teraz codziennie mogę ją tam odwiedzać. Za to na stoisku piekarni na targu upolowałam pyszny chleb pełnoziarnisty, a w szmateksie 3 bluzeczki, w tym z noa noa, za łączną kwotę 6.30zł.
Tak miło rozpoczęty dzień znalazł finał w przyjęciu urodzinowym mojej przyjaciółki. Już wcześniej opowiadała mi, że jej tata specjalnie kupił w Lidlu ich own-brandingowe lody waniliowe, które tak uwielbiam. Mimo niezręczności takiej sytuacji musiałam jej odmówić lodów, opowiadając przy tym całą historię mojego postu. Na szczęście znalazło to u niej całkowite zrozumienie, więc w ramach deseru zostałam ugoszczona talerzem pełnych najróżniejszych owoców, które opróżniłam tak skutecznie, jak zwykle opróżniałam talerze ze słodyczami.
Tak miło rozpoczęty dzień znalazł finał w przyjęciu urodzinowym mojej przyjaciółki. Już wcześniej opowiadała mi, że jej tata specjalnie kupił w Lidlu ich own-brandingowe lody waniliowe, które tak uwielbiam. Mimo niezręczności takiej sytuacji musiałam jej odmówić lodów, opowiadając przy tym całą historię mojego postu. Na szczęście znalazło to u niej całkowite zrozumienie, więc w ramach deseru zostałam ugoszczona talerzem pełnych najróżniejszych owoców, które opróżniłam tak skutecznie, jak zwykle opróżniałam talerze ze słodyczami.
Etykiety:
lody waniliowe Lidl,
post słodyczowy,
urodziny
piątek, 1 kwietnia 2011
Post. Dzień 24
Teraz jest już na pewno za półmetkiem Wielkiego Postu. Skłania mnie to do refleksji nad jego dotychczasowym przebiegiem. To trochę dziwne, ale najłatwiej było mi w pierwszym tygodniu. Potem robiło się trudniej, zaczęły przychodzić ataki wilczego głodu i uczucie takiego niespełnienia, niemożliwości nasycenia apetytu niesłodyczowym jedzeniem. Wygląda to tak, jakby mój organizm przez pierwszy tydzień zużywał zmagazynowane zapasy cukru, a potem, gdy ich zabrakło, zaczął się ich gwałtownie domagać. Jednak z biegiem czasu coraz łatwiej przychodzą mi szybkie decyzje dotyczące wyboru zdrowej przekąski, nad którą kiedyś okropnie długo musiałam myśleć ('co normalni ludzie jedzą w tej sytuacji?'). Dochodzi też do tego, że zamiast nerwowo omijać stoiska ze słodyczami z sklepach, przechodzę przez nie z godnością, rozglądając się i sycąc oczy samym ich widokiem. Gdy goście dzielą się przy stole ciastem, ja spokojnie siadam sobie z jabłkiem i nożykiem. Jestem też dumna z mamy, która pod rosnącą presją społeczną ograniczyła słodycze do jednego "czegoś słodkiego" dziennie.
Odliczając dni postu "od początku", nie "do końca" zakładam,że koniec postu nie stanie się dla mnie momentem zerwania z łańcucha i powrotu do kompulsywnego objadania słodyczami, a raczej okazją do przejścia na racjonalne jedzenie słodyczy, tzn. np. raz dziennie, jako deser i dla przyjemności smaku, nie z powodu niepohamowanej obsesji. Widzę też teraz wyraźnie, jak ogromny wpływ na naszą podświadomość mają wielce sugestywne, wręcz namacalne reklamy słodyczy w telewizji, i jak z okrutną łatwością wykorzystują naszą słabość do cukru.
Jeśli jeszcze rozkręcę moje pozimowo rozleniwione ciało do sportowej aktywności fizycznej (tak jak dzisiaj, kiedy wstałam z własnej woli o 8:00 i pobiegłam na 30-minutowy jogging, co dało mi od rana niesamowitą energię, za to popołudniu pojeździłam godzinkę na rowerze), będzie super.
Etykiety:
post słodyczowy,
słodyczoholizm,
wilczy apetyt
czwartek, 31 marca 2011
Post. Dzień 23
W południe wpadli z odwiedzinami dawno nie widziani wujkowie. Ciocia słynie z doskonałych wypieków, więc myślałam, że się zapłaczę, jak zobaczyłam, że przyniosła nadziewane rogaliki własnej roboty. Mama powiedziała, że można kilka spróbować zamrozić, to sobie ich w Wielkanoc spróbuję. No to są już w zamrażarce i czekają na Święta.
Wiosna się rozkręca, więc wybraliśmy się z Chłopcem na przejażdżkę rowerową. Wróciliśmy z mrożoną lasagne z Biedronki. Co prawda wiadomo, kto kupuje w Biedronce, ale kilka można tam znaleźć kilka wyśmienitych produktów. Na przykład moje ulubione podróbki słodyczy z Wawela. Właściwie to te słodycze są robione przez Wawela, ale pod marką Magnetic dla Biedronki i tak samo pyszne, choć tańsze. Uważam się za smakosza, a nie wyczuwam między nimi różnicy. Tak więc są tam i Danusie (także miętowe), i czekolady Malaga-TikiTaki-Kasztanki. Ach, póki co mogę sobie je tylko wspominać, albo chodzić pooglądać w sklepie. Ale wracając, dziś przywieźliśmy stamtąd lasagne bolognese. Koszt: 4.99zł. za opakowanie, więc wzięliśmy dwa. Robiły się w piekarniku jakieś 40 min i były przepyszne, a co ważne przy tego typu gotowych daniach, i wierząc etykiecie, w składzie nie było żadnych paskudnych dodatków. Ostatecznie to mrożonka, więc chyba nie ma po co ich tam dodawać.
Wiosna się rozkręca, więc wybraliśmy się z Chłopcem na przejażdżkę rowerową. Wróciliśmy z mrożoną lasagne z Biedronki. Co prawda wiadomo, kto kupuje w Biedronce, ale kilka można tam znaleźć kilka wyśmienitych produktów. Na przykład moje ulubione podróbki słodyczy z Wawela. Właściwie to te słodycze są robione przez Wawela, ale pod marką Magnetic dla Biedronki i tak samo pyszne, choć tańsze. Uważam się za smakosza, a nie wyczuwam między nimi różnicy. Tak więc są tam i Danusie (także miętowe), i czekolady Malaga-TikiTaki-Kasztanki. Ach, póki co mogę sobie je tylko wspominać, albo chodzić pooglądać w sklepie. Ale wracając, dziś przywieźliśmy stamtąd lasagne bolognese. Koszt: 4.99zł. za opakowanie, więc wzięliśmy dwa. Robiły się w piekarniku jakieś 40 min i były przepyszne, a co ważne przy tego typu gotowych daniach, i wierząc etykiecie, w składzie nie było żadnych paskudnych dodatków. Ostatecznie to mrożonka, więc chyba nie ma po co ich tam dodawać.
środa, 30 marca 2011
Post. Dzień 22
Chyba wreszcie przyszła wiosna. Nie zamarzłam w trenczu, jadąc rano na uczelnię, słońce grzało rzetelnie cały dzień, a nawet na brukowanych chodnikach można już spotkać mlecze:
Idąc na powrotny pociąg, kupiłam po drodze bananka, zwyczajowo w takim fajnym, małym kiosku warzywno - owocowym, prowadzonym przez starsze małżeństwo. Nagle przypomniało mi się, że miałam podbić legitymację (jutro 31 marca!). No to z powrotem na uczelnię. Wracając z niej po raz drugi, znowu zrobiłam się głodna, jak pies Pawłowa w tym samym miejscu, koło kiosku. Jednak głupio mi było podchodzić tam drugi raz, więc doniosłam swój apetyt aż do centrum, gdzie postanowiłam poszukać jakiejś zdrowej i szybkiej przekąski. A przecież można by tak łatwo znaleźć coś słodkiego. Ale nie, silna wola zwyciężyła, i trafiłam do Skarbka. W holu zawsze zatrzymywałam się przy cukierni i nie miałam pojęcia, że jest coś dalej. A dalej było równie obszerne stoisko z sałatkami, surówkami, pierożkami i różnymi innymi rzeczami, którymi można się pożywić, a nie tylko oszukać głód. Świadcząca o popularności (i mam nadzieję jakości) kolejka liczyła z 10 osób, ale obsługa uwijała się sprawnie. Poprosiłam małe pudełeczko (200g) surówki z marchewki i Colesława. Zapłaciłam 1.90zł. Do tego świeżutka bułeczka Graham, i za łącznie 2.50zł miałam przepyszny posiłek do pociągu. Dodaję tę lokację do moich ulubionych 'na szybko' w Kato. Jedyne, co mi nieco przeszkadzało to fakt, że sałatka była nieco.. za słodka, a człowiek na cukrowym odwyku wyczuje go wszędzie. Ale to plus dla mnie.
Idąc na powrotny pociąg, kupiłam po drodze bananka, zwyczajowo w takim fajnym, małym kiosku warzywno - owocowym, prowadzonym przez starsze małżeństwo. Nagle przypomniało mi się, że miałam podbić legitymację (jutro 31 marca!). No to z powrotem na uczelnię. Wracając z niej po raz drugi, znowu zrobiłam się głodna, jak pies Pawłowa w tym samym miejscu, koło kiosku. Jednak głupio mi było podchodzić tam drugi raz, więc doniosłam swój apetyt aż do centrum, gdzie postanowiłam poszukać jakiejś zdrowej i szybkiej przekąski. A przecież można by tak łatwo znaleźć coś słodkiego. Ale nie, silna wola zwyciężyła, i trafiłam do Skarbka. W holu zawsze zatrzymywałam się przy cukierni i nie miałam pojęcia, że jest coś dalej. A dalej było równie obszerne stoisko z sałatkami, surówkami, pierożkami i różnymi innymi rzeczami, którymi można się pożywić, a nie tylko oszukać głód. Świadcząca o popularności (i mam nadzieję jakości) kolejka liczyła z 10 osób, ale obsługa uwijała się sprawnie. Poprosiłam małe pudełeczko (200g) surówki z marchewki i Colesława. Zapłaciłam 1.90zł. Do tego świeżutka bułeczka Graham, i za łącznie 2.50zł miałam przepyszny posiłek do pociągu. Dodaję tę lokację do moich ulubionych 'na szybko' w Kato. Jedyne, co mi nieco przeszkadzało to fakt, że sałatka była nieco.. za słodka, a człowiek na cukrowym odwyku wyczuje go wszędzie. Ale to plus dla mnie.
wtorek, 29 marca 2011
Post. Dzień 21
A więc wyjaśniła się kwestia 40 dni Postu, ponieważ okazało się, że nie wliczają się do niego niedziele. Ja tam nie wiem, ale mój post w niedziele też obowiązuje.
Dziś chyba spełniłam w 100% założenia nowej piramidy żywienia, bardzo dużo pełnego ziarna, dużo warzyw, sporo owoców, trochę nabiału i orzechów oraz jajeczko. Mama, z którą chodziłam dziś po mieście, z podziwu godnym uporem wyciągała mnie na tradycyjne dotąd 'coś słodkiego', najpierw ciacho, potem lody ("ooj, a to sorbety też nie?"). Jednak dzisiejsze regularne, bogate i różnorodne posiłki były mnie w stanie odciągnąć od każdej zdradliwej pokusy.
Chłopiec za to podesłał mi dziś STRACHA NA SŁODYCZE, ku pokrzepieniu serc i umocnieniu woli:
Dziś chyba spełniłam w 100% założenia nowej piramidy żywienia, bardzo dużo pełnego ziarna, dużo warzyw, sporo owoców, trochę nabiału i orzechów oraz jajeczko. Mama, z którą chodziłam dziś po mieście, z podziwu godnym uporem wyciągała mnie na tradycyjne dotąd 'coś słodkiego', najpierw ciacho, potem lody ("ooj, a to sorbety też nie?"). Jednak dzisiejsze regularne, bogate i różnorodne posiłki były mnie w stanie odciągnąć od każdej zdradliwej pokusy.
Chłopiec za to podesłał mi dziś STRACHA NA SŁODYCZE, ku pokrzepieniu serc i umocnieniu woli:
Wydrukuję i będę patrzeć na to w chwilach próby.
Etykiety:
słodyczoholizm,
strach na słodycze
poniedziałek, 28 marca 2011
Post. Dzień 20
Wydawałoby się, że to półmetek postu, a jednak Wielki Post nie ma 40 dni, jak się dziś doliczyłam. Skoro Środa Popielcowa była 9 marca, tak, a Wielkanoc ma być 24 kwietnia, to mi wychodzi 47 dni. No i zagwostka.
W kwestii zaś spraw bardziej kulinarnych, to dzisiejszy apatyt udało mi się jakoś zaspokoić podwójnym obiadem z kuskusu i mieszanki chińskich warzyw, z elementami nowalijek, które no nowalijki podobno należy moczyć w osolonej wodzie, co wyciąga z nich część wpakowanej tam chemii. Raz przygotowany kuskus jest remedium na napady głodu w ciągu całego dnia, a wrzucić do niego można wszystko, co się tylko zechce.
Tylko wypicie rooibosa koło 17, w godzinie mojego spadku energetycznego, nie było dobrym pomysłem. Nie wierzyłam do tej pory, że ten napar ma takie działanie uspokajające.
W kwestii zaś spraw bardziej kulinarnych, to dzisiejszy apatyt udało mi się jakoś zaspokoić podwójnym obiadem z kuskusu i mieszanki chińskich warzyw, z elementami nowalijek, które no nowalijki podobno należy moczyć w osolonej wodzie, co wyciąga z nich część wpakowanej tam chemii. Raz przygotowany kuskus jest remedium na napady głodu w ciągu całego dnia, a wrzucić do niego można wszystko, co się tylko zechce.
Tylko wypicie rooibosa koło 17, w godzinie mojego spadku energetycznego, nie było dobrym pomysłem. Nie wierzyłam do tej pory, że ten napar ma takie działanie uspokajające.
Etykiety:
kuskus,
rooibos,
Wielki Post
niedziela, 27 marca 2011
Post. Dzień 19
Po zmianie czasu obudziłam się samoczynnie o 9:00, tzn. o 10:00, co jest wczesną porą jak na mnie, szczególnie w wolny dzień. Z okazji niedzieli postanowiłam odejść od zdrowej, ale monotonnej tradycji płatków z jogurtem na śniadanie, i oprócz nich usmażyłam sobie jajecznicę z cebulą dymką i pomidorami. Miła odmiana.
Do przygotowań niedzielnego śląskiego obiadu dla rodziny, postanowiłam dołączyć się przygotowaniem deseru w postaci ... sałatki owocowej. Spodziewałam się zadowolenia ze strony bratowej, która też jest na bezsłodyczowej diecie, ale żeby zasmakowało to mojemu nutellowemu bratu, a tym bardziej dzieciom? Miłe zaskoczenie.
Sałatkę zrobiłam z pomarańczy, kiwi, jabłka i bananów, wkropiłam też resztkę ajerkoniaku, który został w barku, co dało doskonałe połączenie. Pomarańcze wybierałam według wskazówek z poświęconego im odcinka programu TVN Style "Wiem, co jem" ,
z którego dowiedziałam się, że dobrą i bezpestkową pomarańczę można poznać po tym, że ma pępek - widoczny na zdjęciu nierozwinięty zalążek drugiego owocu.
Nadszedł już czas, i po naradach rodzinnych mogę zacząć rozpowszechniać informację, że poszukuję i chętnie przyjmę młodego kotka płci męskiej, barwy rudej. Jak te pomarańcze.
Etykiety:
jajecznica,
pomarańcze z pępkiem,
rudy kocurek
sobota, 26 marca 2011
Post. Dzień 18
Potem zakupy, jak to w sobotę. A tam prawdziwy urodzaj pań testerek, zachęcających do degustacji różnych rzeczy, których degustować nie mogłam. Na szczęście na dziale mięsnym znów stała pani z pierożkami, które uwielbiam. Nigdy nie przegapię okazji, żeby ich spróbować, choćbym miała przechodzić przypadkiem przed tą panią 5 razy, zanim partia dojdzie na grillu i zostanie wyłożona na tacki. A już mi się tak zdarzało.
Ostatnio mam większy apetyt (jeszcze większy niż zwykle), więc po zjedzeniu w domu konkretnego krupniku z dodatkami na obiad, zostało mi jeszcze tyle miejsca w żołądku, że pomna smaku degustowanych pierożków, bez oporów dałam się wyciągnąć do Pierogarni.
piątek, 25 marca 2011
Post. Dzień 17
Pojechaliśmy uzupełnić zapasy żywności do Carrefoura. Zauroczona stoiskiem z mrożonkami na wagę, kupiłam od razu po trochu wszystkiego, i warzywa na patelnię, i mieszankę chińską, i kulki szpinaku, i nawet truskawki. W zestawieniu np. z kuskusem umożliwia to stworzenie pysznego i wartościowego obiadu w 15 minut.
Ponadto wzięliśmy kolejny słoiczek masła orzechowego. Postawiłam go w słodyczowej szafce w kuchni, więc gdy po raz kolejny będę ją z przyzwyczajenia otwierać, będę mogła po niego sięgnąć. Mój uzależniony od Nutelli brat zasłynął ostatnio stwierdzeniem, że to całe masło orzechowe to chyba sam tłuszcz, i musi być strasznie niezdrowe, więc woli Nutellę, gdzie przynajmniej jest mleko, kakao i orzechy. No cóż, w kwestii jego edukacji dietetycznej oraz wiary w reklamy jest jeszcze wiele do zrobienia.
Nie doceniałam wcześniej supermarketowych stoisk ze słodyczami na wagę. Gdy dziś jeden taki mijałam, sekundy wlokły się niemiłosiernie a stoisko zdawało się nie mieć końca. Uderzały mnie coraz to nowe, kuszące widoki: ciastka w czekoladzie, draże, bakalie w czekoladzie, maczki, żelki - zamknięte w handlowych opakowaniach nie wyglądają tak ciekawie.
A w domu, na podwieczorek, pełnoziarniste tosty na ciepło z masłem orzechowym. Mmm..
Ponadto wzięliśmy kolejny słoiczek masła orzechowego. Postawiłam go w słodyczowej szafce w kuchni, więc gdy po raz kolejny będę ją z przyzwyczajenia otwierać, będę mogła po niego sięgnąć. Mój uzależniony od Nutelli brat zasłynął ostatnio stwierdzeniem, że to całe masło orzechowe to chyba sam tłuszcz, i musi być strasznie niezdrowe, więc woli Nutellę, gdzie przynajmniej jest mleko, kakao i orzechy. No cóż, w kwestii jego edukacji dietetycznej oraz wiary w reklamy jest jeszcze wiele do zrobienia.
Nie doceniałam wcześniej supermarketowych stoisk ze słodyczami na wagę. Gdy dziś jeden taki mijałam, sekundy wlokły się niemiłosiernie a stoisko zdawało się nie mieć końca. Uderzały mnie coraz to nowe, kuszące widoki: ciastka w czekoladzie, draże, bakalie w czekoladzie, maczki, żelki - zamknięte w handlowych opakowaniach nie wyglądają tak ciekawie.
A w domu, na podwieczorek, pełnoziarniste tosty na ciepło z masłem orzechowym. Mmm..
Etykiety:
maślo orzechowe,
mrożone warzywa na wagę,
szpinak
czwartek, 24 marca 2011
Post. Dzień 16
Miałam napisać o tym, jak szykując się o świcie na uczelnię, podgrzałam sobie zupkę, i w termosie zabrałam z sobą. Miałam dzięki temu pyszne, ciepłe i zdrowe drugie śniadanie. Miałam napisać o tym, jak zgadałam się z koleżanką, która też zaczęła się zdrowo odżywiać, i przez 20 minut przerwy wymieniałyśmy przemyślenia, tworząc spontaniczną grupę wsparcia AS (anonimowych słodyczoholików). Miałam też napisać o tym, że na stoisku ze zdrową żywnością w Rossmannie, zapragnęłam batonika z suszonych moreli, lecz otrzymałam od mojego prywatnego trenera smsową sugestię, że jednak tego nie chcę, bo to słodycz, więc odpuściłam i wymaszerowałam dumnie z paczką Studentfutter (!) oraz Kürbiskerne, znaczy: mieszanką studencką i pestkami dyni.
Ale dzisiaj po powrocie dowiedziałam się od sąsiadów, że mój Pan Kot zginął potrącony przez samochód. To było najwspanialsze zwierzę, jakie kiedykolwiek znałam. Miał w nas oddanych służących. Cudownie, że był.
![]() |
| Pan Kot na czacie, przy pierniczkach, po pracy, w łóżeczku, na kanapie i dzieląc kanapę, i po prostu on sam. |
Etykiety:
Pan Kot
środa, 23 marca 2011
Post. Dzień 15
Zaszalałam dzisiaj z drugim śniadaniem, i zrobiłam sobie naleśnik z mąki pełnoziarnistej z bananem, coś pysznego. Musiałam sobie jakoś poradzić, gdy odkryłam, że mama uzupełniła zapasy naszej słodyczowej szafki o żelki i takie pyszne małe ciasteczka z nadzieniem prosto od cukiernika, które uwielbiam. Naleśnik za to jest pożywny, dość zdrowy, a przy okazji słodki ze swej natury (choć bez cukru).
Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się dziś do Chłopca. Nie byłam u niego od czasu przejścia na post słodyczowy, więc niepokoiłam się, jak sobie u niego poradzę. Zawsze wymuszałam na nim spore zakupy słodyczy, które musiał przygotowywać na mój przyjazd. Tak najlepiej oglądało mi się filmy. Okazało się jednak, że i tu mogłam na niego liczyć, bo na obiad ugotował danie z makaronu pełnoziarnistego, kurczaka i mieszanki warzyw, którym naprawdę się najadłam. Za to na seans przygotował nam miskę winogron i jabłko w kawałkach. Zjedliśmy wszystko, choć to po mojej stronie stała miseczka, więc pewnie zjadłam więcej. Cudowne uczucie, kiedy nie nęka nieustanny pęd do słodkiego, a odruch natrętnego sięgania po przekąskę zaspokaja się owocami. Wraz ze smaczną kolacją dało to bardzo miło i pożywnie spędzony dzień.
Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się dziś do Chłopca. Nie byłam u niego od czasu przejścia na post słodyczowy, więc niepokoiłam się, jak sobie u niego poradzę. Zawsze wymuszałam na nim spore zakupy słodyczy, które musiał przygotowywać na mój przyjazd. Tak najlepiej oglądało mi się filmy. Okazało się jednak, że i tu mogłam na niego liczyć, bo na obiad ugotował danie z makaronu pełnoziarnistego, kurczaka i mieszanki warzyw, którym naprawdę się najadłam. Za to na seans przygotował nam miskę winogron i jabłko w kawałkach. Zjedliśmy wszystko, choć to po mojej stronie stała miseczka, więc pewnie zjadłam więcej. Cudowne uczucie, kiedy nie nęka nieustanny pęd do słodkiego, a odruch natrętnego sięgania po przekąskę zaspokaja się owocami. Wraz ze smaczną kolacją dało to bardzo miło i pożywnie spędzony dzień.
wtorek, 22 marca 2011
Post. Dzień 14
To był świetny, pełen wrażeń dzień. I jednocześnie skandaliczny, jeśli chodzi o moje odżywianie. Rano zjadłam śniadanie, między zajęciami banana, i to właściwie na tyle, aż do późnego wieczora, kiedy po 22 poszliśmy na zasłużoną, choć mocno spóźnioną kolację. Bo sporo dzisiaj popracowaliśmy. Ledwo wróciłam z zajęć, już czekał na mnie kolega, perkusista zespołu, dla którego mieliśmy nagrać teledysk. Gdy dojechaliśmy na miejsce, trwała już walka ze scenariuszem, światłami i koncepcją artystyczną. Moją rolą było zasadniczo bawić się i dobrze wyglądać, więc cała ta praca była tak naprawdę ogromną przyjemnością. Zastanawiające, że w wyniku wielogodzinnej przerwy w dostawie pożywienia, i gdy wokół dużo się dzieje, uczucie głodu wygasa. Człowiek robi się tylko coraz bardziej ospały albo nerwowy. Po 20 dopadło mnie i jedno i drugie. Okazało się jednak, że mój nastrój doskonale wpasował się w ostatnie ujęcie, w którym grałam dramatyczną scenę. W końcu wszystko zostało nakręcone i o 22 pozwoliliśmy dozorcom zamknąć budynek i pójść spać. My za to wybraliśmy się na poszukiwania czegoś do jedzenia, co w ciągu tygodnia o tak późnej porze musiało się okazać kebabem. Nie powiem, był bardzo dobry, no i jednak miał sporo warzyw. Bardziej wstydzę się mojego nawadniania: góra 1.2 l wody + intensywny wysiłek fizyczny = odwodnienie. Wory pod oczami rano nieuniknione, ale wrażenia z nagrania niezapomniane.
poniedziałek, 21 marca 2011
Post. Dzień 13
Pierwszy dzień wiosny, ale nie było żadnej okazji do celebracji i wciąż jest zimno. Przynajmniej korepetycje, których dziś udzielałam, fajnie wypadły. Ponadto dopadły mnie pytania o przyszłość, o to, co chcę osiągnąć i dokąd zmierzam, na które często nie potrafiłam sobie odpowiedzieć, a praca magisterska wciąż nie chce się sama napisać. Doprowadziło mnie to do frustracji i zniechęcenia. Cały dzień chodziłam jakaś wygłodniała, z upierdliwym apetytem na coś słodkiego. Nawet placuszki z jabłek, które chciałam sobie zrobić na kolację, nie wyszły.
niedziela, 20 marca 2011
Post. Dzień 12
Wybraliśmy się z Chłopcem do herbaciarni White Monkey. Rano obudziłam się z lekkim katarem, więc pomyślałam, że dobrze mi zrobi wypicie naparu z Honeybush, który jest wspaniałym środkiem na przeziębienie. Do podawanych herbat zawsze dodają tam coś miłego, np. miseczkę bakalii. Tym razem pani postawiła przed nami anyżowe ciasteczka.
Wieczorem za to dostaliśmy zaproszenie na grilla z okazji pożegnania zimy. Rzeczywiście, ogromny księżyc w pełni zawisł tej nocy na niebie, zaznaczając wiosenną równonoc. Starając się połączyć grillową tradycję z alkaliczną dietą, zrobiliśmy szaszłyki z kiełbasy, cebuli i plastrów cukinii. Gdy po dwóch godzinach walki z brykietami upiekł się pierwszy z nich, był naprawdę pyszny, jednak nie było wiele czasu na docenianie tego smaku. Uciekaliśmy zmarznięci do domu, bowiem zima urządziła sobie godne, mroźne pożegnanie.
Popatrzyłam na Chłopca niepewnym wzrokiem: czy anyżki to słodycze? Pokiwał głową, i odsunął je poza zasięg mojej ręki. Ale one nadal na mnie patrzyły .. Przemogłam się, i zagaiłam panią, czy mogłaby zamienić je na coś niesłodyczowego? I za chwilkę miałam już do dyspozycji miseczkę pysznych suszonych owoców.
Wieczorem za to dostaliśmy zaproszenie na grilla z okazji pożegnania zimy. Rzeczywiście, ogromny księżyc w pełni zawisł tej nocy na niebie, zaznaczając wiosenną równonoc. Starając się połączyć grillową tradycję z alkaliczną dietą, zrobiliśmy szaszłyki z kiełbasy, cebuli i plastrów cukinii. Gdy po dwóch godzinach walki z brykietami upiekł się pierwszy z nich, był naprawdę pyszny, jednak nie było wiele czasu na docenianie tego smaku. Uciekaliśmy zmarznięci do domu, bowiem zima urządziła sobie godne, mroźne pożegnanie.
sobota, 19 marca 2011
Post. Dzień 11 - Zdrowe ciasteczka
Popołudniu rodzinka wpadła zostawić dzieci na przechowanie, zaczęłam się więc gorączkowo zastanawiać, czym można by ich poczęstować. Coraz bardziej zakręcona na punkcie diety alkalicznej, wymyśliłam postne, zdrowe ciasteczka alkalizujące. Ciasteczka bez cukru, bez proszku do pieczenia i tłuszczów zwierzęcych, a pyszne jak tradycyjne ciastka. No dobra, dzieci i tak opychają się żelkami, ale nawet one ich spróbowały.
Przepis wyniknął jak zwykle ze zmiksowania kilku różnych inspirujących pomysłów oraz własnej inwencji, a składniki to wynik przekopania szafek w kuchni i wykorzystania wszystkiego, co pasowało do koncepcji (stąd tyle fantazji w przepisie i banalność wykonania). Podejdźcie do tego kreatywnie!
Ciasteczka są przepyszne zarówno na ciepło, jak i po wystudzeniu: przyjemność deseru, wspaniała wartość odżywcza i czyste sumienie w 20 sztukach (przy Ø 5cm).
Zaczynam wrzucać przepisy kulinarne na bloga - no to wpadłam po uszy.
Zaczynam wrzucać przepisy kulinarne na bloga - no to wpadłam po uszy.
Zdrowe postne ciasteczka alkalizujące
| Jeszcze surowe... |
Składniki:
- ok. pół szklanki płatków owsianych
- 1 banan
- 1 jabłko
- 1 marchewka
- 1 jajko
- trochę oleju rzepakowego (do związania masy - ok.3 łyżek)
- mąka pełnoziarnista (sypać do uzyskania zadowalającej, gęstej konsystencji - ok.3/4 szklanki)
- bakalie: rodzynki, suszone figi i morele, migdały, skórka pomarańczowa...i co tam jeszcze znajdziecie
- mąka pełnoziarnista (sypać do uzyskania zadowalającej, gęstej konsystencji - ok.3/4 szklanki)
- bakalie: rodzynki, suszone figi i morele, migdały, skórka pomarańczowa...i co tam jeszcze znajdziecie
- garść otrębów
- cynamon
- można dodać łyżkę miodu (wtedy będą naprawdę słodkie)
Sposób przyrządzenia:
1. Obrać jabłko i marchewkę, potrzeć na dużych oczkach, banan rozciapciać (no wcześniej też obrać...).
2. Wszystko wymieszać razem, dosypując mąki i dolewając oleju według potrzeb.
3. Na blasze przykrytej pergaminem nakładać kupki masy (wielkość również wg uznania, ja zrobiłam trochę małych i trochę dużych, piekły się tak samo).
4. Piec do 20 min w 180 stopniach aż się przyrumienią.
5. Odstawić na chwilkę, aż przestaną parzyć w palce i można jeść:)
| ...i już upieczone. |
Etykiety:
zdrowe postne ciasteczka alkalizujące
piątek, 18 marca 2011
Post. Dzień 10
Kolejny dzień koszmarnie przybijającej pogody. I tak czuję się całkiem nieźle, jak na takie warunki atmosferyczne (może to kolejna zasługa diety?).
Od linka do linka, trafiłam ostatnio w necie na problem zakwaszenia organizmu. To schorzenie leczone od wieków przez medycynę Wschodu, na Zachodzie pozostawało niezauważone, choć to właśnie tu najwięcej osób na nie cierpi. To w uproszczeniu zakwaszenie organizmu w wyniku zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej, na który zasadniczy wpływ ma sposób odżywiania. To choroba ogólnoustrojowa, więc też szerokie spektrum objawów. Są to m.in.: bóle mięśni, kości i stawów, problemy trawienne, wzdęty brzuch, otyłość brzuszna, choroby zębów, bóle głowy, wypryski, problemy z krążeniem, rozdrażnienie, szybkie męczenie się, napady wilczego głodu i wiele innych. Więcej dowiesz się stąd :
www.eioba.pl/a/1o8q/wplyw-zakwaszania-na-stan-zdrowia-organizmu
Ten niekorzystny układ można jeszcze odwrócić, stosując się do odpowiedniej zaleceń. Oprócz ruchu i relaksu, należy przestrzegać proporcji 20-80
(zasada Pareto wciśnie się wszędzie), tzn. 20 % produktów kwasotwórczych, 80 % produktów zasadotwórczych. Nie jest to dieta na chwilę a na całe życie, umożliwia za to utrzymanie prawidłowego pH, a co za tym idzie zdrowia i dobrego samopoczucia.
Wpływ różnych pokarmów na organizm wcale nie jest taki oczywisty, jak mogłoby się wydawać, więc ściąga będzie bardzo przydatna. Powiększ:
Od linka do linka, trafiłam ostatnio w necie na problem zakwaszenia organizmu. To schorzenie leczone od wieków przez medycynę Wschodu, na Zachodzie pozostawało niezauważone, choć to właśnie tu najwięcej osób na nie cierpi. To w uproszczeniu zakwaszenie organizmu w wyniku zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej, na który zasadniczy wpływ ma sposób odżywiania. To choroba ogólnoustrojowa, więc też szerokie spektrum objawów. Są to m.in.: bóle mięśni, kości i stawów, problemy trawienne, wzdęty brzuch, otyłość brzuszna, choroby zębów, bóle głowy, wypryski, problemy z krążeniem, rozdrażnienie, szybkie męczenie się, napady wilczego głodu i wiele innych. Więcej dowiesz się stąd :
www.eioba.pl/a/1o8q/wplyw-zakwaszania-na-stan-zdrowia-organizmu
Ten niekorzystny układ można jeszcze odwrócić, stosując się do odpowiedniej zaleceń. Oprócz ruchu i relaksu, należy przestrzegać proporcji 20-80
(zasada Pareto wciśnie się wszędzie), tzn. 20 % produktów kwasotwórczych, 80 % produktów zasadotwórczych. Nie jest to dieta na chwilę a na całe życie, umożliwia za to utrzymanie prawidłowego pH, a co za tym idzie zdrowia i dobrego samopoczucia.
Wpływ różnych pokarmów na organizm wcale nie jest taki oczywisty, jak mogłoby się wydawać, więc ściąga będzie bardzo przydatna. Powiększ:
czwartek, 17 marca 2011
Post. Dzień 9
Dziś nawet do kaszy na obiad nie dodałam soli, nie mówiąc już o warzywach - tylko ziołowe przyprawy. Mama trochę pomarudziła, ale stwierdziła, że gdy powtarza sobie przy każdym kęsie, że tak jest zdrowiej, to nawet można to zjeść. Cóż, taki jest los niosących kaganek dietetycznej oświaty. Bawią mnie sugestie, ze odżywiam się tak po to, żeby być szczupła i widać po mnie, że efekty są świetne. Prawda jest taka, że pomiędzy takimi superzdrowymi posiłkami dotychczas obżerałam się słodyczami, a że nie było tego widać? Może to miłościwie szybki metabolizm, geny, czy co tam jeszcze, a sam obtłuszczony brzuszek łatwo się wciągało. Teraz może rzeczywiście uda się ten brzuszek nieco wymodelować.Żeby tak jeszcze zmobilizować się do ćwiczeń po zimie..
Wybierając się wieczorem do kina, stanęłam przed poważnym problemem: co tam wziąć do jedzenia? Multipleksy przyzwyczaiły nas do kosmicznie drogiej i paskudnie niezdrowej żywności, więc od zawsze braliśmy swoje zapasy, które były..no, tańsze. Dzisiaj okazały się też dużo zdrowsze, ponieważ oprócz kwasu chlebowego zabraliśmy rodzynki oraz pokrojone jabłko i marchewki. Słysząc od pierwszych sekund reklam wszechobecne chrupanie nachosów, wyciągałam swoje pudełko z satysfakcją: teraz ja wam pochrupię.
Wybierając się wieczorem do kina, stanęłam przed poważnym problemem: co tam wziąć do jedzenia? Multipleksy przyzwyczaiły nas do kosmicznie drogiej i paskudnie niezdrowej żywności, więc od zawsze braliśmy swoje zapasy, które były..no, tańsze. Dzisiaj okazały się też dużo zdrowsze, ponieważ oprócz kwasu chlebowego zabraliśmy rodzynki oraz pokrojone jabłko i marchewki. Słysząc od pierwszych sekund reklam wszechobecne chrupanie nachosów, wyciągałam swoje pudełko z satysfakcją: teraz ja wam pochrupię.
środa, 16 marca 2011
Post. Dzień 8
Zainteresowałam się dziś tym, ile płynów wypijam w ciągu dnia w stosunku do zalecanej dziennej dawki, która wzrosła z niedawno jeszcze propagowanych 2 litrów do nawet 4. Przelewając równowartość do butelki, wieczorem wyszło mi nieco ponad 2,2 l. Całkiem niezły wynik, ale to dzięki 0.5 l zupy udało mi się taki osiągnąć. Znalazłam też fajny wodnykalkulator.pl, na którym wyszło mi dzienne zapotrzebowanie na poziomie 2.4l. Zmierzyłam pojemność swojego ulubionego kubeczka, i ma dokładnie 400ml, więc żeby osiągnąć w ciągu dnia minimum, muszę wypić z niego 6 razy.
Pragnienie pojawia się dopiero wtedy, gdy organizm jest już odwodniony, trzeba więc wypracowywać nawyk popijania wody cały czas. Właśnie, czy liczy się tylko czysta woda? Ona jest najlepsza, ale można też podciągnąć niesłodzone herbaty inne niż czarna oraz niesolone zupy. Dodając soli lub cukru uzyskujemy odwrotny efekt, bo automatycznie zasysają nam wodę z organizmu, i nasze zapotrzebowanie wzrasta. Koleżanka powiedziała mi też, ze siedząc przed komputerem należy pić albo chociaż trzymać obok szklankę wody, która neutralizuje promieniowanie, a dodatkowo nawilża powietrze. Podziękują nam za to i skóra, i oczy, i gardło.
W mieście wkurza mnie,że często jedynym, co można kupić na szybko do wypicia są małe buteleczki wody za 5 zł. Zawsze wolałam kupić sobie za to jakąś przekąskę (ech, no umówmy się - słodycze). Tak było kiedyś, teraz idzie wiosna, a do bezdennej damskiej torby trafi, codziennie przygotowana w domu, butelka z wodą.
Pragnienie pojawia się dopiero wtedy, gdy organizm jest już odwodniony, trzeba więc wypracowywać nawyk popijania wody cały czas. Właśnie, czy liczy się tylko czysta woda? Ona jest najlepsza, ale można też podciągnąć niesłodzone herbaty inne niż czarna oraz niesolone zupy. Dodając soli lub cukru uzyskujemy odwrotny efekt, bo automatycznie zasysają nam wodę z organizmu, i nasze zapotrzebowanie wzrasta. Koleżanka powiedziała mi też, ze siedząc przed komputerem należy pić albo chociaż trzymać obok szklankę wody, która neutralizuje promieniowanie, a dodatkowo nawilża powietrze. Podziękują nam za to i skóra, i oczy, i gardło.
W mieście wkurza mnie,że często jedynym, co można kupić na szybko do wypicia są małe buteleczki wody za 5 zł. Zawsze wolałam kupić sobie za to jakąś przekąskę (ech, no umówmy się - słodycze). Tak było kiedyś, teraz idzie wiosna, a do bezdennej damskiej torby trafi, codziennie przygotowana w domu, butelka z wodą.
Etykiety:
woda,
wodny kalkulator,
zupa
wtorek, 15 marca 2011
Post. Dzień 7
A więc minął tydzień bez słodyczy, chyba mój pierwszy w życiu. Mam takie mgliste wspomnienie z dzieciństwa, że chyba podczas jednego Adwentu chowałam wszystkie słodycze, jakie dostawałam, w szafce, czekając z konsumpcją do Świąt. Za to mój starszy brat przychodził wtedy regularnie i coś mi stamtąd podbierał, nie kryjąc się z naszą genetycznie uwarunkowaną miłością do słodyczy. Od tamtego czasu nigdy nie porzuciłam ich na tak długo.
Z pierwszych zmian, jakie zaobserwowałam, zmniejszyły się amplitudy mojego nastroju, stres przechodzę jakby słabiej, za to cieszyć potrafię się mniej histerycznie. Zabawne, że do tej pory najlepszym lekarstwem na nerwy były dla mnie słodycze, skoro skoki poziomu cukru pogarszały tak naprawdę moje samopoczucie. Może ta dieta pomoże mi się uporać z labilnością emocjonalną.
Wkręcam się w tę słodyczową abstynencję. Będę teraz poszukiwać nowych plusów takiej sytuacji, aby utwierdzić się w swoim postanowieniu. Nawet pisanie blogaska wciągnęło mnie do tego stopnia, że zaniedbałam pisanie pracy magisterskiej, za co niewątpliwie przyjdzie mi jutro odpokutować na seminarium.
Z pierwszych zmian, jakie zaobserwowałam, zmniejszyły się amplitudy mojego nastroju, stres przechodzę jakby słabiej, za to cieszyć potrafię się mniej histerycznie. Zabawne, że do tej pory najlepszym lekarstwem na nerwy były dla mnie słodycze, skoro skoki poziomu cukru pogarszały tak naprawdę moje samopoczucie. Może ta dieta pomoże mi się uporać z labilnością emocjonalną.
Wkręcam się w tę słodyczową abstynencję. Będę teraz poszukiwać nowych plusów takiej sytuacji, aby utwierdzić się w swoim postanowieniu. Nawet pisanie blogaska wciągnęło mnie do tego stopnia, że zaniedbałam pisanie pracy magisterskiej, za co niewątpliwie przyjdzie mi jutro odpokutować na seminarium.
poniedziałek, 14 marca 2011
Post. Dzień 6
Dziś na dworze 18 stopni. Słońce miło grzało w plecki, gdy zabrałam się z wujkiem za pozimowy lifting ogródka. Nawet Pan Kot z chęcią wyszedł na dwór. Miałam opisywać, jak mi ciężko na głodzie, i co?
Uderzyła mnie dziś refleksja, że to całe poszczenie od słodyczy nie jest właściwie takie trudne, na pewno o wiele łatwiejsze niż sam proces podjęcia decyzji. A przysięgam, to było zawsze moim największym, jedynym i ukochanym uzależnieniem. Zrobiło mi się smuto, bo skoro to takie proste, to dlaczego wcześniej nie potrafiłam tego zrobić? Rozważałam to jedynie teoretycznie, po czym uznając, że taka abstynencja jest w moim przypadku niemożliwa, dla zabicia stresu sięgałam po kolejna rzecz do słodyczowej szafki w kuchni. Nie mogę zrozumieć , dlaczego dobrowolnie i regularnie się podtruwałam? Nie mogę też wiedzieć, czy nie jest już za późno na tę zmianę, ale świadomie decyduję się na psychofizyczną naprawę siebie.
Przechodzę demonstracyjnie przez dział ze słodyczami w markecie i czując się lepszą od tych, którzy nie potrafią sobie odmówić, patrzę na nich z politowaniem. Widzę więc, że oprócz zmiany fizjologicznej, efektem mojego postu musi być jeszcze(i niech będzie!) zmiana duchowa:
„…ale poszczenie, by być widzianym, by wyróżniać się wśród ludzi albo uważać to za oznakę pobożności, byłoby istotnie szkodliwe i prowadziłoby do duchowej pychy i hipokryzji, które daleko przewyższyłyby korzyści wypływające z postu jako skutku samoograniczenia."
niedziela, 13 marca 2011
Post. Dzień 5
Uwielbiam to budzenie się w południe po nocnej imprezie.
Uwielbiam też energetyzujące placuszki z płatków owsianych i bananów, które zawsze wtedy robi Chłopiec. Siły będą potrzebne, bo wieczorem kolejne wyjście, tym razem do pubu na urodziny naszej koleżanki.
Dopiero gdy postawiono na stole tort, popatrzeliśmy na siebie zdezorientowani. Chłopiec, chyba za moim bohaterskim przykładem, również postanowił przejść na post, więc związane z tym trudy i znoje dzielimy razem. Słodki dylemat Antygony, przybrany cukrowymi różyczkami, postawił nas przed koniecznością wyboru. Podeszliśmy do tego racjonalnie: post to odmawianie sobie czegoś, czego się pragnie i nadużywa, a my nawet nie mielibyśmy ochoty na słodkie, po prostu niegrzecznie byłoby nie spróbować urodzinowego tortu. Uznaliśmy więc, że zjemy jeden kawałek, choć wiele osób brało dokładki.
I tyle.
Uwielbiam też energetyzujące placuszki z płatków owsianych i bananów, które zawsze wtedy robi Chłopiec. Siły będą potrzebne, bo wieczorem kolejne wyjście, tym razem do pubu na urodziny naszej koleżanki.
Dopiero gdy postawiono na stole tort, popatrzeliśmy na siebie zdezorientowani. Chłopiec, chyba za moim bohaterskim przykładem, również postanowił przejść na post, więc związane z tym trudy i znoje dzielimy razem. Słodki dylemat Antygony, przybrany cukrowymi różyczkami, postawił nas przed koniecznością wyboru. Podeszliśmy do tego racjonalnie: post to odmawianie sobie czegoś, czego się pragnie i nadużywa, a my nawet nie mielibyśmy ochoty na słodkie, po prostu niegrzecznie byłoby nie spróbować urodzinowego tortu. Uznaliśmy więc, że zjemy jeden kawałek, choć wiele osób brało dokładki.
I tyle.
Etykiety:
placuszki,
słodki dylemat,
tort,
urodziny
sobota, 12 marca 2011
Post. Dzień 4
- - - - - -
Na szczęście wieczorem szykowała się parapetówka kolegi, więc wybrałam się na nią z ogromnymi kulinarnymi nadziejami. Pomysłowość i gest gospodarzy sprawił, że często i chętnie przebywałam w pobliżu szwedzkiego stołu. Jedzenia było dużo, więc mnie odpędzano mnie. Padła za to sugestia ze strony jednej z koleżanek, że chciałaby mieć taką figurę przy takim apetycie jak ja.
Brakowało mi jedynie czegoś do picia (wody?), bo postawiona przed wyborem: wódka albo słodzone napoje, skusiłam się na drinki, jednak nie smakowały mi tak jak kiedyś, dlatego że ... były za słodkie.
piątek, 11 marca 2011
Post. Dzień 3
Obudziłam się głodna. Po śniadaniu właściwie dalej byłam głodna, choć zawsze przykładam do niego dużą wagę. Wracając około 14 z miasta (nadal głodna) uświadomiłam sobie, że normalnie po śniadaniu sięgałam do słodyczowej szafki w kuchni i stamtąd wyciągałam kolejny posiłek. Usuwając ze swojej diety słodycze pozbawiłam siebie co najmniej 500 kalorii dziennie. Teraz muszę uzupełniać ten niedobór czymś wartościowym. Wypiłam sok marchewkowy, ale dopiero po porządnym obiedzie poczułam się najedzona. A wieczorem nie mogło być nic lepszego niż pizza hand made na kaflu (najlepszy przepis) przyrządzona razem z ukochanym Chłopcem.
czwartek, 10 marca 2011
Post. Dzień 2
Dzisiaj zajęcia od 8:00. Paskudna, depresyjna pogoda i niedospanie konsekwentnie, przez cały dzień pobudzały apetyt na coś słodkiego. Sama również dodałam sobie pokus, ponieważ w podziękowaniu dla kolegi, który miał mi popołudniu pomóc przywieźć z serwisu rower, postanowiłam kupić mu coś słodkiego. Weszłam do sklepu Wawela. Widok ukochanego asortymentu i aromat podgrzewanej gorącej czekolady (cwane marketingowe dziady) obudził słodkie przyzwyczajenia. Wybierając w myślach rodzaj czekoladek, automatycznie dodałam kilka sztuk dla siebie, jednak ukłucie refleksji przypomniało o poście. Czując się trochę nieswojo w nowej sytuacji, wyszłam z zaplanowanym zakupem, i niosąc go cały czas w torebce, dowiozłam w nienaruszonym stanie i przekazałam adresatowi. Tak więc oprócz wypieszczonego roweru zyskałam też satysfakcję ze zwycięskiej pierwszej próby.
Pochwaliłam się już kilku osobom swoim postnym postanowieniem, a zainteresowanie i uznanie dla tej decyzji wspomogło moją wolę dzisiaj, i mam nadzieję wspomagać będzie nadal.
Pochwaliłam się już kilku osobom swoim postnym postanowieniem, a zainteresowanie i uznanie dla tej decyzji wspomogło moją wolę dzisiaj, i mam nadzieję wspomagać będzie nadal.
Etykiety:
post słodyczowy,
próba,
rower,
Wawel
środa, 9 marca 2011
Post. Dzień 1
Mija pierwsza doba. Syndromu odstawienia brak. Może dlatego, że w południe, kiedy mój drugi żołądek, ten na słodycze, zaczął się domagać dostawy, na katowickim straganiku zrobiłam zapasy mandarynek, bananów, suszonych moreli i pestek dyni, i tym żywiłam się po drodze. Owocami potrafię się zasłodzić o wiele szybciej niż słodyczami. To dobrze, głupio byłoby oprzeć całą dietę na zamianie glukozy na taką samą ilość fruktozy.
W okolicach podwieczorku za to, zamiast zwyczajowych słodkości zrobiłam sobie buraczki z marchewką. Co za czasy.
W okolicach podwieczorku za to, zamiast zwyczajowych słodkości zrobiłam sobie buraczki z marchewką. Co za czasy.
Etykiety:
owoce,
pestki dyni,
słodycze,
suszone morele
wtorek, 8 marca 2011
Post. Dzień 0
Nie podejrzewałam się o to, że założę kiedyś bloga. A jednak, być może terapeutyczna funkcja blogowania wesprze moją zuchwałą próbę separacji od słodyczy, choćby na te 40 dni Wielkiego Postu. Jak będę się tak długo zastanawiać nad każdym zdaniem to rzeczywiście, nie będę miała zbyt wiele czasu na myślenie o słodyczach.
Dziś Dzień Kobiet, nawpychałam się tyle słodyczy, ile tylko byłam w stanie, dopóki mnie nie zamuliło. Och, obym zapamiętała to uczucie. Paczka rodzynek w polewie z trzech rodzajów czekolady, bombonierka wiśni w likierze, ciasto orzechowe, paczka pastylek miętowych z Wawela, jedna trufla z wiśnią oraz misiek Haribo, którymi częstowała koleżanka na uczelni.
I wspomnienie o nich będzie mi musiało wystarczyć. Niniejszym - rozpoczynam POST SŁODYCZOWY. Czy pisanie w przestrzeń internetu pomoże mi w oparciu się pokusom?
I wspomnienie o nich będzie mi musiało wystarczyć. Niniejszym - rozpoczynam POST SŁODYCZOWY. Czy pisanie w przestrzeń internetu pomoże mi w oparciu się pokusom?
Etykiety:
Dzień Kobiet,
pastylki miętowe,
post słodyczowy
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
















