Zainteresowałam się dziś tym, ile płynów wypijam w ciągu dnia w stosunku do zalecanej dziennej dawki, która wzrosła z niedawno jeszcze propagowanych 2 litrów do nawet 4. Przelewając równowartość do butelki, wieczorem wyszło mi nieco ponad 2,2 l. Całkiem niezły wynik, ale to dzięki 0.5 l zupy udało mi się taki osiągnąć. Znalazłam też fajny wodnykalkulator.pl, na którym wyszło mi dzienne zapotrzebowanie na poziomie 2.4l. Zmierzyłam pojemność swojego ulubionego kubeczka, i ma dokładnie 400ml, więc żeby osiągnąć w ciągu dnia minimum, muszę wypić z niego 6 razy.
Pragnienie pojawia się dopiero wtedy, gdy organizm jest już odwodniony, trzeba więc wypracowywać nawyk popijania wody cały czas. Właśnie, czy liczy się tylko czysta woda? Ona jest najlepsza, ale można też podciągnąć niesłodzone herbaty inne niż czarna oraz niesolone zupy. Dodając soli lub cukru uzyskujemy odwrotny efekt, bo automatycznie zasysają nam wodę z organizmu, i nasze zapotrzebowanie wzrasta. Koleżanka powiedziała mi też, ze siedząc przed komputerem należy pić albo chociaż trzymać obok szklankę wody, która neutralizuje promieniowanie, a dodatkowo nawilża powietrze. Podziękują nam za to i skóra, i oczy, i gardło.
W mieście wkurza mnie,że często jedynym, co można kupić na szybko do wypicia są małe buteleczki wody za 5 zł. Zawsze wolałam kupić sobie za to jakąś przekąskę (ech, no umówmy się - słodycze). Tak było kiedyś, teraz idzie wiosna, a do bezdennej damskiej torby trafi, codziennie przygotowana w domu, butelka z wodą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz