A więc minął tydzień bez słodyczy, chyba mój pierwszy w życiu. Mam takie mgliste wspomnienie z dzieciństwa, że chyba podczas jednego Adwentu chowałam wszystkie słodycze, jakie dostawałam, w szafce, czekając z konsumpcją do Świąt. Za to mój starszy brat przychodził wtedy regularnie i coś mi stamtąd podbierał, nie kryjąc się z naszą genetycznie uwarunkowaną miłością do słodyczy. Od tamtego czasu nigdy nie porzuciłam ich na tak długo.
Z pierwszych zmian, jakie zaobserwowałam, zmniejszyły się amplitudy mojego nastroju, stres przechodzę jakby słabiej, za to cieszyć potrafię się mniej histerycznie. Zabawne, że do tej pory najlepszym lekarstwem na nerwy były dla mnie słodycze, skoro skoki poziomu cukru pogarszały tak naprawdę moje samopoczucie. Może ta dieta pomoże mi się uporać z labilnością emocjonalną.
Wkręcam się w tę słodyczową abstynencję. Będę teraz poszukiwać nowych plusów takiej sytuacji, aby utwierdzić się w swoim postanowieniu. Nawet pisanie blogaska wciągnęło mnie do tego stopnia, że zaniedbałam pisanie pracy magisterskiej, za co niewątpliwie przyjdzie mi jutro odpokutować na seminarium.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz