Mija pierwsza doba. Syndromu odstawienia brak. Może dlatego, że w południe, kiedy mój drugi żołądek, ten na słodycze, zaczął się domagać dostawy, na katowickim straganiku zrobiłam zapasy mandarynek, bananów, suszonych moreli i pestek dyni, i tym żywiłam się po drodze. Owocami potrafię się zasłodzić o wiele szybciej niż słodyczami. To dobrze, głupio byłoby oprzeć całą dietę na zamianie glukozy na taką samą ilość fruktozy.
W okolicach podwieczorku za to, zamiast zwyczajowych słodkości zrobiłam sobie buraczki z marchewką. Co za czasy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz