Dziś na dworze 18 stopni. Słońce miło grzało w plecki, gdy zabrałam się z wujkiem za pozimowy lifting ogródka. Nawet Pan Kot z chęcią wyszedł na dwór. Miałam opisywać, jak mi ciężko na głodzie, i co?
Uderzyła mnie dziś refleksja, że to całe poszczenie od słodyczy nie jest właściwie takie trudne, na pewno o wiele łatwiejsze niż sam proces podjęcia decyzji. A przysięgam, to było zawsze moim największym, jedynym i ukochanym uzależnieniem. Zrobiło mi się smuto, bo skoro to takie proste, to dlaczego wcześniej nie potrafiłam tego zrobić? Rozważałam to jedynie teoretycznie, po czym uznając, że taka abstynencja jest w moim przypadku niemożliwa, dla zabicia stresu sięgałam po kolejna rzecz do słodyczowej szafki w kuchni. Nie mogę zrozumieć , dlaczego dobrowolnie i regularnie się podtruwałam? Nie mogę też wiedzieć, czy nie jest już za późno na tę zmianę, ale świadomie decyduję się na psychofizyczną naprawę siebie.
Przechodzę demonstracyjnie przez dział ze słodyczami w markecie i czując się lepszą od tych, którzy nie potrafią sobie odmówić, patrzę na nich z politowaniem. Widzę więc, że oprócz zmiany fizjologicznej, efektem mojego postu musi być jeszcze(i niech będzie!) zmiana duchowa:
„…ale poszczenie, by być widzianym, by wyróżniać się wśród ludzi albo uważać to za oznakę pobożności, byłoby istotnie szkodliwe i prowadziłoby do duchowej pychy i hipokryzji, które daleko przewyższyłyby korzyści wypływające z postu jako skutku samoograniczenia."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz